Dziesięć minut później dotarłem do domu przy Willow Creek Lane. Był to rozległy, nowoczesny dom w stylu kolonialnym – pomnik próżności Dereka. Wszystkie światła były zgaszone. Nie pukałem. Nie oznajmiłem swojej obecności. Podszedłem do bocznych drzwi, prowadzących do kuchni, i dotknąłem framugi. Była wykonana z wysokiej jakości drewna, ale zaczep był standardowy. Cofnąłem się o dwa kroki, przeniosłem ciężar ciała i wymierzyłem taktycznego kopniaka, który ominął zamek i z przeraźliwym piskiem wyrzucił drzwi z zawiasów.
W domu było zimno. Nie tylko temperatura, ale cała atmosfera. Przesuwałem się jak cień po kuchni, kontrolując oddech. Usłyszałem ciężkie kroki na górze.
„Kto to, na litość boską?” – głos Dereka odbił się echem od podłogi. Pojawił się na szczycie schodów, w jedwabnym szlafroku ciasno owiniętym wokół talii, z twarzą pełną oburzenia, typową dla przeciętnego obywatela. „Frank?” Czyś ty kompletnie oszalał? – Dzwonię na policję!
Nie patrzyłam na niego. Podążyłam za zapachem – nie domu, a zaniedbania. To zapach, którego nigdy się nie zapomina po pobycie na wojnie: metaliczny zapach niemytych ciał i kwaśny odór stęchlizny. Poszłam do małego pokoju na końcu korytarza, pokoju, który miał być pokojem gościnnym, a teraz należał do Leo.
Na zewnątrz drzwi wisiała ciężka mosiężna kłódka.
Czytaj dalej, klikając przycisk (DALEJ 》) poniżej!