Powietrze w posiadłości Sterling zawsze pachniało cytrynowym lakierem i starymi pieniędzmi. Panowała tam duszna, sterylna atmosfera, pieczołowicie zaaranżowana tak, by każdy, kto nie urodził się w funduszu powierniczym, czuł się natychmiast i głęboko nie na miejscu. Położona wśród hiperekskluzywnych wzgórz Greenwich w stanie Connecticut rezydencja była nie tyle domem, co muzeum poświęconym ego mojej teściowej, Beatrice Sterling. Przez trzy lata przechadzałam się po jej marmurowych korytarzach niczym duch, niechciana zjawa tolerująca niekończące się upokorzenia, by zachować kruchą iluzję mojego małżeństwa z jej synem, Julianem.
Stałam pośrodku ogromnej, skąpanej w słońcu kuchni, poprawiając mankiety mojej prostej, dwudziestodolarowej bawełnianej sukienki. Podobała mi się ta sukienka. Była wygodna, praktyczna i pozbawiona odpychających logotypów projektantów, które Beatrice traktowała jako religijną ikonografię.