Powiedział: „Kaliba nazywany jest bestią, ale Szekspir pokazuje, że był niewolnikiem, że jego wyspa została mu skradziona i że został pozbawiony obecności matki”.
Potwór nazywa się Prospero, ale Prospero przybył na wyspę i rościł sobie prawo własności do wszystkiego, łącznie z samym Kalibą.
Kim więc jest prawdziwy potwór? „Patrzysz na Kalibę oczami pełnymi litości”. „Widzę Kalibę jako człowieka”.
Był traktowany w sposób niegodny człowieka, ale wciąż jest człowiekiem. Przez chwilę milczał. „Jak…
jak niewolnicy”. „Tak” – powiedziałem w końcu.
Logika była przerażająca i nieugięta. Zapytałem go: „Czy pytałeś?”. Odpowiedział: „Jeszcze nie”. Chciałem ci powiedzieć pierwszy. „A co, jeśli mnie odrzucisz?”.
Twarz mojego ojca zdawała się w tamtej chwili postarzała o dziesięć lat. „Wciąż utknęłam, próbując znaleźć dla ciebie białego męża i oboje wiemy, że mi się nie uda”.
A ty spędzisz życie po mojej śmierci, tkwiąc w pułapce, uzależniona od jałmużny krewnych, którzy postrzegają cię jako ciężar. Miał rację.
Nienawidziłam go za to, że miał rację. „Czy mogę się z nim zobaczyć?” Porozmawiać z nim, zanim podejmiemy tę decyzję w naszym imieniu? „Oczywiście”. Jutro.
Następnego ranka przywiozłam Josiaha do domu. Siedziałam przy oknie w salonie, gdy usłyszałam ciężkie kroki w korytarzu.
Drzwi się otworzyły i wszedł mój ojciec, a potem Josiah musiał się schylić – dosłownie – żeby przecisnąć się pod framugą.
Boże, jaki on był ogromny! Miał metr osiemdziesiąt mięśni i kości, ledwo dotykał framugi ramionami, a na jego dłoniach widniały ślady poparzeń od kuźni, która wyglądała, jakby mogła kruszyć kamień.
Miał pomarszczoną twarz, gęstą brodę, a jego oczy błądziły po pokoju, nie zwracając na mnie uwagi.
Stał z lekko pochyloną głową i splecionymi dłońmi, niczym niewolnik w domu białego człowieka. Przydomek „bestia” był w pełni zasłużony; wyglądał na kogoś, kto mógłby zburzyć dom gołymi rękami.
Wtedy mój ojciec przemówił: „Josiahu, to moja córka, Elilapar”. Spojrzał mi przez chwilę w oczy, a potem znów wbił wzrok w podłogę.
„Tak, proszę pana”. Jego głos był zaskakująco miękki, głęboki, a zarazem spokojny, niemal delikatny. „Elilaparze, wyjaśniłem sytuację Josiahowi”. Rozumie.
„On będzie odpowiedzialny za twoją opiekę”. Mój głos powrócił, choć drżący.
„Josiahu, rozumiesz, co proponuje mój ojciec?” Spojrzał na mnie szybko. „Tak, proszę pani”. „Będę twoim mężem. Będę cię chronił, będę ci pomagał”.
„I ty się na to zgodziłaś?” Wydawał się zdezorientowany, jakby pojęcie zgody było mu obce. Chłopiec z chóru dodał: „Musiałem, proszę pani”. „Ale czy naprawdę tego chcesz?” Pytanie to przyprawiło go o dreszcz.
Jego oczy spotkały się z moimi, ciemnobrązowe, zaskoczone i łagodne, z bezsilną twarzą. „Ja… wiem, czego chcę, panienko”. Jestem niewolnicą. Nie mam żadnych nawyków. Prawda jest surowa i sprawiedliwa.
Ojciec zamknął drzwi i powiedział: „Może najlepiej będzie, jeśli porozmawiamy sami. Będę w swoim gabinecie”. Potem wyszedł i zamknął drzwi, zostawiając mnie samą z ogromnym siedmionogim niewolnikiem, który miał być moim mężem. Nie rozmawialiśmy godzinami.
W końcu zapytałam go, wskazując na krzesło przede mną: „Chcesz usiąść?”.
Josiah spojrzał na delikatny mebel. Podniósł haftowane poduszki, a potem spojrzał na swoje ogromne ciało. „Nie sądzę, żeby to krzesło mnie utrzymało, panienko”.
„A potem sofa”. Ostrożnie usiadł na krawędzi. Nawet siedząc, był ode mnie znacznie wyższy.
Jego dłonie spoczywały na kolanach, każdy palec był małym, stwardniałym i wystającym guzkiem.
„Boisz się mnie, panienko?” „A powinnam?” „Nie, panienko”. Nie zrobię ci krzywdy, przysięgam. „Nazwę cię potworem”. Zadrżałam. „Tak, panienko”. Z powodu mojej postury i dlatego, że wyglądam przerażająco.
Nigdy nikogo nie skrzywdziłam, ale to oczywiste. „Ale możesz, jeśli chcesz”. „Mogę” – spojrzała na mnie ponownie – „ale nie zrobię”. Nie dla ciebie. Nie dla kogoś, kto na to nie zasługuje.
Coś w jej oczach – smutek, rezygnacja, słodycz, która nie pasowała do jej wyglądu – przekonało mnie. „Josiah, chcę być z tobą szczera”. Nie chcę tego bardziej niż ty prawdopodobnie chcesz. Mój ojciec jest zdesperowany. Nie nadaję się do małżeństwa.
Ale jeśli mamy to zrobić, muszę wiedzieć: czy jesteś niebezpieczny? „Nie, panienko”. „Czy jesteś okrutny?” „Nie, proszę pani”. „Czy zamierzasz mnie skrzywdzić?”
„Absolutnie nie, proszę pani”. Przysięgam na wszystko, co jest mi drogie. Powaga była niezaprzeczalna; uwierzyłam w to, co powiedział. Potem mam kolejne pytanie.
Umiesz czytać? To pytanie sprawiło, że zadrżał. Strach przemknął mu przez twarz; czytanie było zabronione niewolnikom w Wirginii. Ale po dłuższej chwili powiedział spokojnie: „Tak, proszę pani”. Nauczyłam się: „Wiem, że to zabronione, ale… nie mogłam się powstrzymać”.
Książki to bramy do miejsc, do których pójdę.