Triumfalny uśmiech Sylwii zniknął natychmiast. Jej oczy zwęziły się w zimne, niebezpieczne szparki. Piętnastu krewnych przy stole zdawało się jednomyślnie wstrzymać oddech. Cisza była ogłuszająca.
Marcus nagle pochylił się, zmniejszając dzielący nas dystans. Jego oddech był gorący w moim uchu, a zapach alkoholu ostry i niewiarygodnie nieprzyjemny.
„Zapłać, albo koniec” – wyszeptał Marcus.
Jego ton całkowicie porzucił rolę kochającego, czarującego narzeczonego. Był gardłowy, groźny i ociekał złością despotycznego tyrana, którego ego właśnie zostało publicznie zakwestionowane.
„Nie zawstydzaj mojej matki” – syknął, ściskając pod stołem moje udo z taką siłą, że zrobił mi się siniak. „Wyciągnij natychmiast swoją wizytówkę, Eleno. Nie będę ci więcej powtarzał”.
Rozdział 2: Rozbite szkło
Spojrzałam na dłoń Marcusa ściskającą moją nogę. Zobaczyłam, jak rumieniec gniewu wypełza mu na szyję.
W ułamku sekundy zadziałał mój trening. Przetworzyłam fizyczne zagrożenie, psychologiczną manipulację i absolutny koniec naszego związku. Nie było żalu. Była tylko zimna, kliniczna świadomość, że spędziłam osiem miesięcy spotykając się z głęboko niepewnym siebie, niebezpiecznym socjopatą.
Nie kłóciłam się. Nie płakałam. Nie zaproponowałam desperackiego kompromisu.
„Więc koniec” – powiedziałam płynnie, a mój głos niósł się wyraźnie po cichym stole.
Schyliłam się, płynnie odrywając jego palce od mojego uda. Podniosłam małą, czarną kopertówkę z pustego krzesła obok mnie i wstałam. Zamierzałam wyjść z prywatnej jadalni, z restauracji i na zawsze zniknąć z jego życia. Zadzwonię po taksówkę, wrócę do jego mieszkania, spakuję swoje skromne rzeczy i zniknę, zanim jeszcze zapłaci rachunek.
Zrobiłam dokładnie dwa kroki.
Nie widziałam, jak chwyta ciężką, pustą, ciemnozieloną butelkę po bordeaux stojącą pośrodku stołu. Już odwracałam się w stronę drzwi, lekko odsłaniając plecy.
Poczułam jedynie eksplozję, biało-gorącą, oślepiającą agonię, gdy grube szkło roztrzaskało się gwałtownie o lewą stronę mojej czaszki.
Siła uderzenia powaliła mnie na bok. Odgłos tłuczonego szkła był ogłuszający, mdły TRZASK, który odbił się echem od mahoniowych ścian.
Pomieszczenie gwałtownie się przechyliło. Mój wzrok zalała chaotyczna mgła nagłego, przytłaczającego zawrotu głowy, gdy mózg uderzył o wnętrze czaszki. Straciłam równowagę, uderzając ramieniem o ciężki, tapicerowany brzeg pustego krzesła. Ciężko opadłam na jedno kolano na grubym, wzorzystym dywanie, instynktownie unosząc dłonie, by osłonić głowę.
Ciepła, gęsta krew natychmiast zaczęła spływać mi po skroni. Spłynęła mi po brwi, piekąc w lewe oko i zaczęła szybko wsiąkać w nieskazitelnie biały kołnierzyk mojej jedwabnej bluzki.
Ze strony rodziny siedzącej przy stole rozległa się kakofonia westchnień i kilka stłumionych krzyków.
Ale ku mojemu przerażeniu nikt nie ruszył się, by mi pomóc. Nikt nie rzucił się do przodu. Nikt nie krzyknął po lekarza. Sylvia siedziała zamarła na czele stołu, ściskając w dłoniach perły, a na jej twarzy malował się przerażający wyraz szoku i wypaczonej satysfakcji. Jej syn właśnie fizycznie obezwładnił nieposłuszną kobietę.
Marcus górował nade mną. Jego pierś pulsowała adrenaliną i wściekłością. W