Stałam w sypialni, cisza posiadłości Hayes dudniła mi w uszach. Suknia leżała na manekinie, elegancka i zimna. Powinnam była płakać z radości, zwołać klub brydżowy, żeby pochwalić się, że mój Blake – mój słodki, ufny, błyskotliwy Blake – w końcu ustatkował się z Natashą Quinn.
Natasza była idealna. Zbyt idealna. Była kobietą o wypolerowanych powierzchniach i wyćwiczonych uśmiechach. Weszła w nasze życie dwa lata po śmierci mojego męża, Bernarda. Była balsamem na żałobę Blake’a, wytworną damą z towarzystwa, która doskonale wiedziała, którego widelca użyć i jaki współczujący ruch głową wykonać, gdy padło imię Bernarda.
Ale kiedy zapinałam perłowe kolczyki, drżały mi ręce. Coś było w nim trzewnego, przenikliwy chłód w głębi duszy. Spojrzałam na zdjęcie Bernarda na mojej szafce nocnej. „Spójrz im w oczy, Margot” – mawiał, kiedy budowaliśmy nasze hotelowe imperium. „Usta można wyćwiczyć, ale oczy są księgą duszy”.
Z zamyślenia wyrwał mnie chrzęst żwiru. Frederick Palmer, nasz rodzinny kierowca od piętnastu lat, przyjechał wcześnie. Była dopiero 7:30.
Kiedy wyszłam na zewnątrz w wilgotny atlantycki poranek, powietrze było słodkie od jaśminu, ale twarz Fredericka miała barwę popiołu. Stał przy czarnym sedanie, zaciskając szczękę tak mocno, że myślałam, że zaraz pęknie. Frederick nie był zwykłym pracownikiem; to był mężczyzna, który trzymał mnie za rękę na pogrzebie Bernarda. Nie wpadał w panikę.
„Pani Hayes” – powiedział, a jego głos brzmiał jak zachrypnięty szept. „Musi się pani schować. Natychmiast”.
„Frederick? Co u licha…”
„Proszę” – podszedł bliżej, zerkając w stronę domu, w którym ubierał się Blake. „Wsiadaj na tył. Pod koc. Obiecałem panu Bernardowi, że zaopiekuję się tą rodziną. Teraz potrzebuję, żebyś mi zaufał”.
Przywołanie imienia Bernarda było katalizatorem. Nie sprzeciwiałam się. Wsiadłam na tył, podciągnęłam jedwabne spódnice i zniknęłam pod ciężkim wełnianym kocem. Świat pociemniał, pachniał skórą i lawendą.
Pierwsza lekcja tego dnia: Czasami trzeba wejść w ciemność, żeby zobaczyć światło.
Drzwi samochodu zamknęły się z trzaskiem. Chwilę później usłyszałam chrzęst kroków – szybkich, lekkich, energicznych.
„Gotowy do drogi, Fred!” Głos Blake’a był niczym blask słońca. „Możesz w to uwierzyć? Wielki dzień”.
„Zgodnie z planem, panie Blake” – odpowiedział Frederick, a jego głos był arcydziełem profesjonalnej neutralności.
Poczułam, jak fotel się unosi, gdy Blake wślizgnął się na miejsce pasażera. Jego woda kolońska – ten sam leśny zapach, którego używał Bernard – wypełniła niewielką przestrzeń. Ścisnęło mnie w gardle. Chciałam wyciągnąć rękę, dotknąć jego ramienia, powiedzieć mu, żeby uciekał. Ale stałam nieruchomo, niczym duch pod wełną.
Po dziesięciu minutach jazdy telefon Blake'a zawibrował na desce rozdzielczej.
„Hej, kochanie” – powiedział Blake, przełączając ją na głośnik. Głos Natashy wypełnił samochód, gładki jak miód.
„Dzień dobry, przystojniaku. Jak się czujesz?”
„Zdenerwowany” – zaśmiał się Blake. „Ale taki miły. Nie mogę się doczekać dzisiejszego dnia. Wszystko się zmienia po „tak”.
„Tak” – odpowiedziała Natashy. Zapadła cisza – zbyt długa, zbyt ciężka. „Wreszcie. Wszystko się zmienia”.
Nie brzmiała jak panna młoda. Brzmiała jak osoba finalizująca wielomilionową fuzję.
„Gdzie twoja mama?” – zapytała ostrzejszym tonem.
„Przyjeżdża osobno. Potrzebowała trochę czasu” – powiedział Blake.
„Dobrze” – wyszeptała Natasza. „To dobrze”.
Dlaczego to było dobre? Przeszły mnie ciarki. Nagle kolejny telefon próbował się przebić. Blake mruknął. „Znów nieznany numer. Trzeci raz dziś rano”.
„Zignoruj to” – powiedziała natychmiast Natasza. Jej głos stracił miód; teraz był jak stal. „To pewnie spam. Nie pozwól, żeby cokolwiek cię dziś rozproszyło, Blake. Kocham cię. Do zobaczenia przy ołtarzu”.
Połączenie ucichło. Samochód milczał przez trzydzieści sekund, zanim telefon zadzwonił ponownie. Głośno i głośno.
„Na litość boską…” – warknął Blake. „Halo? Mówiłem ci, żebyś nie dzwoniła na ten numer! Powiedziałem, że się tym zajmę! Przestań do mnie dzwonić!”
Rozłączył się gwałtownym ruchem kciuka. Serce waliło mi jak młotem. Blake się bał. Mój syn, mężczyzna, który nigdy przede mną niczego nie ukrywał, okłamywał kobietę, z którą miał się ożenić. A może kłamał dla niej?
Samochód zwolnił. Poczułem zmianę kierunku – ostry skręt w lewo, podczas gdy powinniśmy byli jechać prosto w kierunku katedry św. Filipa.
„Fred? Dokąd jedziemy?” – zapytał Blake zmieszanym głosem.
„Mały objazd, proszę pana” – odparł Frederick.
Zadzwonił telefon Blake’a. „Czekaj… to SMS od Natashy. Pisze, że jest nagły wypadek u koleżanki. Chce, żebym ją odebrał przed kościołem. Wysłała adres”.
Samochód szumiał na dziurach, a gładki asfalt zastąpił rytmiczny stukot osiedlowej zabudowy.
„To już koniec” – mruknął Blake. „Ale ta okolica… Znajomi Natashy mieszkają w Buckhead, Fred. Nie… tutaj”.
Samochód się zatrzymał. „Zaraz wracam” – powiedział Blake. Drzwi otworzyły się i zamknęły.
„Pani Hayes” – głos Fredericka był naglący. „Proszę wyjść. Natychmiast”.
Zrzuciłam koc, mój granatowy jedwab był pognieciony, a włosy lekko potargane. Nie obchodziło mnie to. Wyszłam na szparę.