To kronika mojego własnego zamachu stanu – nie przeciwko rządowi, ale przeciwko kłamstwu tak wyrafinowanemu, że omal nie pochłonęło całej mojej rodziny. Mówią, że instynkt macierzyński to cichy szum, ale w poranek ślubu mojego syna mój był ogłuszającym rykiem.
Nazywam się Margot Hayes. Gdybyście mnie widzieli trzy godziny przed ceremonią, zobaczylibyście kobietę pełną gracji, ubraną w granatową jedwabną suknię, która szeptała o „starych pieniądzach” i matczynej dumie. Ale kiedy zaczęły bić dzwony kościelne, nie byłam już gościem celebrującym. Stałam się chirurgiem, gotowym wyciąć nowotwór, zanim dotrze do serca mojego syna.