W szafie unosił się zapach wiórów cedrowych, starej wełny i nikły, zakurzony zapach zimowych butów, które od miesięcy nie widziały światła dziennego. Skulony w ciemności, wciśnięty między stertę plastikowych pojemników a rząd ciężkich płaszczy, z kolanami przyciśniętymi do piersi. W ramionach ściskałem ogromnego, pluszowego jednorożca – wartego dwieście dolarów monstrum o lśniącym różowym futrze i srebrnych kopytach, o którym moja córka, Lily, błagała od lipca.
Był 20 października. Jej szóste urodziny.