Jeśli istniał sejf z dowodami, potrzebowałem go teraz. Zanim wrócą z nożycami, materiałami wybuchowymi, a co gorsza, dokumentami prawnymi i odznaką szeryfa.
Ale taśma była jasna: nie otwieraj jej sam.
Byłem sam.
Z wyjątkiem…
Moje myśli natychmiast powędrowały do pani Avery.
W jej notatce: Dzwoń do mnie o każdej porze.
A potem do ostrzeżenia Mabel.
A potem, niespodziewanie, do osoby, która aż nazbyt chętnie zaoferowała pomoc.
Calebie.
NIE.
To była pułapka.
Kto więc został?
Nikt.
Co oznaczało, że wybór był prosty.
Albo pozostałem przestraszonym sierotą ukrywającym się w bunkrze…
Albo stałem się tym, kim była moja matka: osobą, która i tak otwierała drzwi.
Podszedłem do czerwonych drzwi i chwyciłem za klamkę.
Były zimne.
Solidne.
Mój identyfikator patrzył na mnie jak wyzwanie.
Powoli wciągnąłem powietrze.
Potem pociągnąłem.
Drzwi otworzyły się z sykiem zatkanego powietrza.
W środku znajdowało się wąskie pomieszczenie, mniejsze niż się spodziewałem. Ściany były dźwiękoszczelne grubą warstwą materiału. Do podłogi przykręcono jedno krzesło. Z sufitu zwisał mikrofon. Kamera była skierowana prosto na krzesło.
To nie był schowek.
To był pokój przesłuchań.
Ścisnęło mnie w żołądku.
Za krzesłem, wbudowanym w ścianę, znajdował się sejf.
Mały, ciężki, z klawiaturą.
Ręce mi się trzęsły, gdy podchodziłem.
Na klawiaturze sejfu ktoś wyrył ostrym przedmiotem wiadomość w metalu:
BEZ STRACHU. BEZ BÓLU. PRAWDA.
Przełknąłem ślinę i spróbowałem jedynego kodu, o którym wiedziałem, że jest ważny.
Sejf zapiszczał: błąd.
Serce waliło mi jak młotem.
Spróbowałem wpisać datę urodzenia.
Źle.
Spróbowałem 18-01 – nie, nawet nie znałem dokładnej daty.
Wpatrywałem się w sejf, a potem w swój identyfikator na czerwonych drzwiach.
CARTER BLAKE
Wpisałem cyfry odpowiadające literom na starej klawiaturze telefonu, jakbym literował słowo z cyfr.
CARTER.
Sejf zapiszczał.
Potem kliknąłem.
Otworzył się.
W środku znajdowały się zapakowane w folię dyski USB, gruba koperta wypełniona dokumentami, a na wierzchu druga kaseta audio.
Napis na niej brzmiał:
JEŚLI ZNAJDĄ CIĘ PIERWSI – ODTWÓRZ TO NA GŁOS
Poczułem mrowienie na skórze.
Na głos?
W komorze pogłosowej wpatrywałem się w kamerę.
Potem w monitory.
Potem w stalowe drzwi, które mnie chroniły.
Ciągle mnie obserwowali.
Może Mercer. Może ktoś inny.
Zrobiłem więc dokładnie to, co napisano na etykiecie.
Wziąłem kasetę, włożyłem ją do magnetofonu i nacisnąłem przycisk odtwarzania.
W bunkrze rozległ się męski głos, spokojny i autorytatywny.
„Projekt Echo Log” – powiedział. „Tu dyrektor Mercer”.
Krew mi zmroziła krew w żyłach.
Szeryf.
„To kontrolowane środowisko” – kontynuował nagrany głos Mercera. „Poddani będą posłuszni. Opór emocjonalny zostanie przezwyciężony. Nie jesteśmy tu po to, by ich ratować. Jesteśmy tu po to, by ich kształtować”.
Poczułem mdłości.
„Pacjentka Evelyn Hart jest w stanie krytycznym” – powiedział głos Mercera. „Stała się sentymentalna. To niedopuszczalne. Jeśli spróbuje się wydobyć, zostanie wyeliminowana. Dziecko zostanie wydobyte”.
Ręce mi się trzęsły.
Potem głos Mercera zniżył się, niemal zadowolony.
„A jeśli jakimś cudem dziecko przeżyje i wróci… odzyskamy to, co należy do programu”.
Stałem nieruchomo, sparaliżowany, a słowa z magnetofonu odbijały się echem od betonu.
Moja matka nie była paranoiczką.
Była ścigana.
A teraz ja też.
12
Świt wydawał się blady i niewyraźny na obrazach z kamery w bunkrze.
Nie wróciłem na górę.
Usiadłem przy zamkniętym stole, wszędzie walały się dokumenty, i czytałem dalej, aż obraz mi się zamglił.
Imiona i nazwiska.
Daty.
Przeniesienia.
Umieszczenia w sierocińcach na podstawie tygodni i miesięcy przybycia „podmiotów”.
Lista zastępców szeryfa i urzędników hrabstwa, którzy „udzielali pomocy”.
Podpis, który rozpoznawałem bez przerwy.
D. Mercer
A potem, co gorsza, kolejny podpis, który widziałem na paragonie z supermarketu.
C. Rourke
Caleb.
Pierwsza przyjazna twarz.
Smycz.
Ścisnęło mnie w żołądku.
Znalazłem plik z napisem RAPORT Z WYPADKU – OLD CREEK ROAD.
„Wypadek”, w którym zginęła moja matka.
Tyle że to nie był wypadek.
To była nieudana próba wydobycia.
Raport zawierał zdanie, które zmroziło mi krew w żyłach:
Pojazd unieruchomiony. Podmiot Hart wyeliminowany. Dowody rzekomo zniszczone.
Rzekomo.
Ale nie zniszczone.
Bo schował je tutaj.
Dla mnie.
Odchyliłem się do tyłu, drżąc, próbując oddychać pomimo ciężaru.
Musiałem to upublicznić.