Kelnerka z siwym kucykiem nalała kawy bez pytania. „Jesteś synem Harta” – powiedziała nonszalancko.
Zesztywniałem. „Jestem… Carter”.
Skinęła głową, jakby słyszała to imię gdzieś wcześniej i nie przypadło jej do gustu.
„Mam na imię Mabel” – powiedziała. „Nie sprawiaj kłopotów, a zostaniesz nagrodzony”.
To było najbliższe życzliwości, z jaką Ridgewater był.
Kiedy jadłem jajka o smaku soli i obowiązku, rozmowy wokół mnie się zmieniały. Ludzie patrzyli na mnie znad kubków. Podnosiłem ich fragmenty.
„–Powinienem był sprzedać tę ziemię–”
„–Bunker jest przeklęty–”
„–Mercer go nie puści–”
„–Caleb już wącha–”
Poczułem ucisk w żołądku.
Kiedy zapłaciłem, Mabel pochyliła się i ściszyła głos.
„Słuchaj” – powiedziała, przeszywając mnie wzrokiem. „Evelyn Hart… nie była stąd. Przybyła jak huragan. Sprytna. Cicha. Powściągliwa”.
„Co się z nią stało?” – zapytałem.
Usta Mabel zadrżały. „Oficjalnie? Wypadek samochodowy. Zakręt na Old Creek Road. Samochód się zapalił”.
Ścisnęło mnie w piersi.
„A nieoficjalnie?” – naciskałem.
Mabel rozejrzała się, a potem podeszła. „Nieoficjalnie? Plotka głosi, że wiedziała różne rzeczy. A ci, którzy wiedzą o tym w okolicy, nie żyją długo”.
Przełknąłem ślinę.
Kiedy wstawałem, żeby wyjść, zadzwoniły drzwi restauracji.
Wszedł szeryf Mercer.
W sali zawrzało, jakby powietrze zgęstniało. Ludzie wyprostowali się na krzesłach.
Mercer natychmiast mnie zauważył.
Jego uśmiech był delikatny i precyzyjny, niczym ostrze.
„Carter” – powiedział, podchodząc. „Miałem nadzieję, że na ciebie wpadnę”.
Serce zaczęło mi walić.
„Dlaczego?” zapytałem.
Spojrzenie Mercera było spokojne. „Chciałem się tylko upewnić, że rozumiesz, jak tu działa sytuacja”.
Gestem wskazał na drzwi. „Chodź ze mną”.
Wszystko mi podpowiadało, żebym tego nie robił.
Ale odmowa interwencji szeryfa w mieście takim jak Ridgewater była jak zapalenie zapałki w pomieszczeniu wypełnionym benzyną.
Więc poszedłem.
Na zewnątrz zimno łaskotało mnie w policzki. Mercer zaprowadził mnie do radiowozu, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.
„Słyszałem, że jesteś na zwiadach” – powiedział nonszalancko.
Żołądek mi się ścisnął. Aparat.
„Tylko sprawdzałem swoją posesję” – odpowiedziałem.
Mercer powoli skinął głową. „Ten bunkier… to ryzykowne. Jeśli zrobisz sobie tam krzywdę, to sprawa hrabstwa”.
„Nie zrobię” – powiedziałem.
Zatrzymał się i odwrócił do mnie. Jego oczy były blade, niemal bezbarwne.
„Nie wiesz, co tam jest” – powiedział cicho. „Evelyn Hart… miała halucynacje. Zostawiła ci historie”.
Zacisnąłem szczękę. „Nie znałeś jej”.
Mercer uśmiechnął się blado. „Och, znałem ją”.
Jego spojrzenie pogłębiło się.
„I wiem, że Caleb z tobą rozmawiał. Nie ufaj mu. On chce tej ziemi”.
Wpatrywałem się w niego. „A ty nie?”
Uśmiech Mercera nie zgasł. „Chcę, żeby wszystko było w porządku”.
Wydawało się to kłamstwem pod maską troski.
Schylił się do marynarki i wyciągnął złożony dokument.
„Hrabstwo jest gotowe zaoferować ci hojne odszkodowanie” – powiedział. „Gotówkę. Wystarczająco dużo, żebyś mógł zacząć wszystko od nowa gdzie indziej. Studia. Mieszkanie. Cokolwiek zechcesz”.
Zaschło mi w ustach.
„Dlaczego?” – zapytałem.
Mercer nawet nie mrugnął okiem. „Bo Ridgewater nie potrzebuje osiemnastolatka udającego bohatera w krainie, której nie zna”.
Podał jej gazetę.
Nie wziąłem jej.
Uśmiech Mercera całkowicie zgasł. „Pomyśl o tym” – powiedział chłodniejszym głosem. „A Carter, nie wspominaj o rzeczach, które mogą się na tobie zemścić”.
Odszedł, zostawiając mnie stojącego w zimowym słońcu z poczuciem, jakbym właśnie został wymierzony do trumny.
10
Tej nocy okna mojego domu zadrżały.
Nie od wiatru.
Od zaparkowanej na zewnątrz ciężarówki.
Reflektory oświetlały ściany niczym oczy szukające czegoś.
Zgasiłem latarnię i przykucnąłem przy przedniej szybie, wyglądając przez szparę w zasłonie.
Na moim podjeździe zaparkowany był pickup.
Dwie postacie poruszały się w pobliżu stodoły, oświetlając scenę latarkami.
Serce waliło mi jak młotem.
Caleb?
Mercer?
Nie wiedziałem.
Ale jedno wiedziałem na pewno: nie byli tam, żeby mnie powitać.
Wślizgnąłem się do kuchni, chwyciłem ciężką żeliwną patelnię z szafki niczym broń i wymknąłem się tylnymi drzwiami, na zimno.
Skradałem się nisko po trawie, zataczając szerokie kręgi.
Snopy światła latarek oświetlały wrota stodoły.
Wtedy jedna z postaci odezwała się niskim, zirytowanym głosem.
„Po prostu znajdź właz” – mruknął.
Zamarłem.
Szukali bunkra.
Światło w żołądku migotało.
Ostrożnie się cofnąłem, moja stopa poślizgnęła się na zamarzniętej trawie.
Grzechnęła gałązka.
Postacie zamarły. Latarki zamigotały.