Rozdział 1: Maskarada Podporządkowania
Wilgoć popołudniowego Hamptons przywierała do mojej skóry niczym druga, niechciana warstwa ubrania. To był ten rodzaj upału, który wydawał się kosztowny – ciężki, duszący i wymagający, by poradzić sobie z nim za pomocą przemysłowej klimatyzacji, której nie wolno mi było czuć. Byłam na nogach od czternastu godzin, a moje podniebienia pulsowały w rytmicznym rytmie, który dorównywał biciu mojego serca.
Wokół mnie Harrison Estate tonęło w morzu pastelowego lnu i pereł. Pięciuset gości – senatorów, potentatów technologicznych i sępów z bogatego Manhattanu – kłębiło się po wypielęgnowanych trawnikach, a ich śmiech brzmiał jak brzęk lodu w kryształowych fletach. Nie byłam gościem. Byłam pomocą, pomimo złotej obrączki na palcu i faktu, że dzieliłam łóżko z dziedzicem tego imperium.