Aby zrozumieć, dlaczego było mi tak zimno na tej werandzie, trzeba cofnąć się w czasie o dwanaście lat. Trzeba zrozumieć architekturę klatki schodowej.
Miałem dziewięć lat, kiedy niebo stało się stalowoszare. To był dzień, w którym pochowaliśmy moją matkę.
Trumna mojej matki była z mahoniu. Pamiętam, jak dotykałem drewna, które pod opuszkami palców wydawało się nienaturalnie gładkie i chłodne. Moja babcia, Vivian Hartwell, stała obok mnie. Pachniała jaśminowymi perfumami i starym papierem. Ścisnęła moją dłoń tak mocno, że poczułem pulsowanie jej nadgarstka w dłoni.
„Twoja matka kiedyś wybrała mahoń na regał na książki” – wyszeptała głosem ochrypłym od niewypowiedzianych łez. „Miała taki dobry gust, twoja matka”.
Na cmentarzu Vivian była jedyną osobą, która mnie dotykała. Mój ojciec stał półtora metra ode mnie, z zaciśniętymi szczękami, z rękami schowanymi w wełnianym płaszczu. Nie płakał. Ani wtedy, gdy ksiądz przemówił, ani wtedy, gdy ziemia się zawaliła. Wyglądał jak człowiek rozwiązujący w pamięci zadanie matematyczne.
Po zakończeniu nabożeństwa Vivian uklękła przede mną. Jej oczy były opuchnięte i zaczerwienione. Ujęła moją twarz w dłonie.
„Zawsze cię znajdę, Mała Gwiazdeczko” – obiecała.
Wtedy padł na nas cień. Mój ojciec stanął między nami i uwolnił mnie z jej uścisku.
„Musisz iść, Vivian” – powiedział Richard. Jego głos nie był głośny, ale zdecydowany.