Zamarłam.
Nie próbowali mi pomóc się uleczyć.
Planowali dopilnować, żebym nigdy nie tknęła życia, które zostawił mi Adrian.
I śmiali się z tego.
Powoli się wycofałam, uważając, żeby nie wydać żadnego dźwięku.
Przez chwilę miałam ochotę wpaść do środka i krzyczeć. Zażądać, żeby wyjaśnili, jak mogli mówić o kradzieży mnie kilka godzin po pogrzebie mojego męża.
Ale złość hałasuje.
Hałas dodaje mocy takim ludziom jak oni.
Więc zrobiłam coś przeciwnego.
Poszłam do kuchni, odkręciłam kran i pozwoliłam wodzie lecieć, jakbym dopiero co przyszła i potrzebowała się napić. Uspokoiłam oddech, przybrałam spokojny wyraz twarzy i weszłam do jadalni.
Wszyscy spojrzeli w górę.
Margaret natychmiast wstała. „Och, kochanie, jak się masz?”
„Staram się…” powiedziałam cicho.
Richard wskazał na krzesło. „Usiądź. Martwiliśmy się.” Vanessa ścisnęła moją dłoń. „Jesteśmy tu dla ciebie”.
Usiadłam i przyglądałam im się uważnie, widząc, jak ogarnia ich współczucie.
Richard pochylił się do przodu.
„Claire” – powiedział stanowczo – „musimy porozmawiać o sprawach praktycznych. O spadku. Nie powinnaś radzić sobie z tym sama”.
Margaret skinęła głową. „Przeżywasz żałobę. Pozwól, że pomożemy ci się z tym uporać”.
Vanessa dodała: „Sprawa majątku Adriana jest skomplikowana. Zwłaszcza nieruchomości na Manhattanie. Mogliby cię wykorzystać”.
Spuściłam wzrok, tak jak się tego spodziewali.
„Dobrze” – wyszeptałam.
Richard wyraźnie się rozluźnił.
„Dobrze” – powiedział.
Otworzył szufladę i wyjął teczkę, która najwyraźniej na mnie czekała.
„Znajomy prawnik przygotował dokument” – wyjaśnił, kładąc go przede mną. „Fundusz rodzinny, który wszystko ochroni”.
Wpatrywałam się w teczkę.
„Po prostu podpisz” – powiedziała delikatnie Vanessa.
Wziąłem długopis.
Ciąg dalszy na następnej stronie