Chwileczkę.
Wstajesz.
Gregor trzyma kartę między palcami, jakby chciał ją rozmazać. „Wygląda na nieważną”.
To ciekawe.
To pewnie cię nie zaskoczy, ale karta powinna działać. To oznacza, że mogły się zdarzyć dwie rzeczy: albo terminal nie działał poprawnie, albo Gregory ominął system.
Prosi o pozwolenie na własną prezentację. Nie wiesz jeszcze, która opcja najbardziej cię niepokoi.
Podchodzisz do niego.
„Ona nie jest niepełnosprawna” – mówisz.
Jego uśmiech się poszerzył, ulga, że zaakceptowałaś swoją rolę w tej historii. „Więc może twój bank ma jakieś rezerwacje”.
Z kominka dobiega cichy, stłumiony śmiech. Patrzysz na Gregory'ego, na menu, na gości udających, że nie patrzą, a potem na Rosemary, stojącą kilka kroków dalej, jakby wrosła w ziemię, z tacą przyciśniętą do biodra jak tarczą. Jej twarz jest blada ze strachu, nie o siebie, ale o ciebie. Nawet teraz.
Możesz na tym poprzestać.
Możesz wyjąć swój prawdziwy portfel. Ten czarny, tytanowy portfel z tą niemożliwą kartą. Możesz zadzwonić do Arthura. Możesz wypowiedzieć swoje imię i patrzeć, jak sala eksploduje w ekstazie. Ale nagle wszystko wydaje się zbyt proste. Zbyt czyste. I po raz pierwszy tego wieczoru rozumiesz, że nie chodzi tylko o to, jak restauracja traktuje swoich klientów.
Właśnie tak radzi sobie z prawdą.
Mówisz wtedy coś w stylu: „Spróbuj jeszcze raz”.
Gregor lekko się do ciebie pochyla. „Może powinnaś do kogoś zadzwonić”.
Uśmiechasz się.
„Już mam kogoś na myśli”. »
Następnie podnosisz słuchawkę i dzwonisz pod jedyny numer Blackwood Holdings, który zawsze odbiera natychmiast, niezależnie od pory.
Po trzech minutach odbiera Arthur Pendleton.
« Pan Blackwood? »
Wyraz twarzy Gregory'ego zmienia się, zanim zdąży wymówić słowo.
Po pierwsze, to potwierdza, że wie dokładnie, kim jesteś.
Artur wydaje się najpierw zaniepokojony, potem ostrożny, a potem znów zaniepokojony, oceniając ryzyko dla nich obojga. «Proszę pana, wszystko w porządku?»
Patrzysz Gregory'emu prosto w oczy.
«Nie», odpowiadasz. «Nie»
Następująca cisza jest tak głęboka, że słyszysz dźwięk kostki lodu wkładanej do sąsiedniej szklanki.
Gregor zbladł.
Nie blady. Biały. Jakby każda kropla krwi rzuciła się, by chronić przerażony organ. Ciekawość w pomieszczeniu przeradza się w szok. Twój głos się zmienił. Jim, upadły włóczęga o zmęczonych ramionach i znoszonych sztruksowych spodniach, zniknął. Na jego miejscu stoi mężczyzna, którego imię wyryto szczotkowanym mosiądzem nad trzydziestoma siedmioma hotelami, dwunastoma przejęciami biotechnologicznymi i każdą kartą win w restauracji.
Artur mówi teraz szybko, za szybko. „Proszę pana, jeśli chodzi o obsługę, mogę poprosić Gregory'ego, żeby natychmiast pana ze mną skontaktował”.
„Och, Gregory już tu jest” – mówisz. „Stoi metr ode mnie, wahając się, czy zrobić ze mnie idiotę z powodu rzekomo nieważnej karty”.
Gregor otwiera usta. Zamyka je. Otwiera je ponownie. „Panie Blackwood, nie miałem pojęcia…”
To kłamstwo jest tak głupie, że zaczyna cię nudzić.
Nie patrzysz na niego. „Arthur, powiedz mi. Od kiedy rozstawia się namioty, w których kelnerka czuje się zobowiązana ostrzegać biednych klientów przed upokorzeniem przez obsługę?” »
W tym momencie Rosemary nagle uniosła głowę.
Artur waha się o pół sekundy za długo.
To, że zrozumiał pytanie, nie jest błędem retorycznym.
„Proszę pana” – powiedział ostrożnie – „nie znam takiej praktyki”.
« Teraz pan to wie. »
Gregor próbuje ponownie, a w jego głosie wyraźnie słychać panikę. « Musi nastąpić jakieś nieporozumienie. Jesteśmy dumni z naszej dyskrecji. »
Wtedy zwracasz się do niego.
» Ty też? «
Pokój wydaje się kurczyć.
Ktokolwiek pięć minut temu patrzył na teatr z podziwem, teraz marzy tylko o wtopieniu się w scenerię. Nawet polityk przy kominku nagle zaczyna pożerać stek. Nikt na ciebie nie patrzy. Luksusowe pokoje pogrążają się w okrucieństwie, dopóki prawdziwa tożsamość właściciela nie wyjdzie na jaw. Wyciągasz z kieszeni złożoną notatkę i wręczasz ją Arthurowi, stojąc w milczeniu przed mówiącym, jakby sama notatka mogła unosić się ponad rozmową.
„Kelnerka o imieniu Rosemary dała mi to po tym, jak zamówiłem jedzenie” – mówisz. „Napisano w nim: Jeśli nie możesz zapłacić, wyjdź po wypiciu piwa. Nie czekaj na kierownika. On uwielbia sprawiać kłopoty”.
Gregor zdławił się. „To wyrwane z kontekstu”.
Twarz Rosemary staje się kompletnie zrozpaczona.
Odwracasz się do niej. „Naprawdę?”
Ona milczy bez słowa.
Widzisz w jej oczach kalkulację. Czynsz. Godziny. Strach. Insynuacje.