Spakowała torbę. Powiedziała, że jedzie do Jake'a, jakby to było coś tymczasowego, niemal zwyczajnego. Kiedy wyszła, w domu zrobiło się dziwnie cicho. Nie pusto. Po prostu cicho.
Całkowicie rzuciłam się w wir pracy. Siedziałam do późna w biurze. Chodziłam na siłownię. Wypełniałam sobie dni. Znajomi zadawali pytania. Odpowiadałam wymijająco.
Zadzwoniłam do ojca. Kiedy mu powiedziałam, milczał, a potem powiedział: „Skoro nie zna twojej wartości, to po co na nią czekasz?”.
Do mnie dotarło.
Nie byłam planem B.
Tydzień później umówiłam się z prawnikiem. W jego gabinecie opowiedziałam mu całą historię. Skinął głową. „Różnice nie do pogodzenia” – powiedział.
Wszystko stało się jaśniejsze.
Zaczęłam przygotowywać się na przyszłość. Osobne konto. Mentalny porządek w domu. O dziwo, poczułam spokój.
Po miesiącu Laura wróciła.
Weszła, jakby nic się nie stało. „Wróciłem do domu”.
Oglądałem telewizję. „Witaj” – powiedziałem.
Chciała porozmawiać. Myślała o tym. Jake był „miły”, ale dziecinny. Chciała odbudować nasz związek.
Pozwoliłem jej mówić.
Potem wyjąłem papiery rozwodowe i położyłem je przed nią.
„O co chodzi?”
„Papiery rozwodowe”.
Zbladła. „Masz na myśli?”
„Tak. Nie jestem twoim drugim wyborem”.
Krzyczała, płakała, próbowała wzbudzić we mnie poczucie winy. Mówiła o błędzie. Ja mówiłem o decyzjach. Zniknęła. Wybrała.
Wyszła wściekła.
Zadzwoniłem do mojego prawnika. „Idziemy naprzód”.