Następne tygodnie były trudne, ale spokojne. Próbowała opóźniać postępowanie, grać ofiarę. Nie zadziałało.
Rozwód sfinalizowany. Otrzymała skromne odszkodowanie i trochę mebli. Ja zatrzymałem dom.
W sądzie chciała przeprosić. Odpowiedziałem: „Przepraszam, nie naprawiaj wszystkiego”.
Wpadłem na nią później w supermarkecie. Spojrzenie. Skinięcie głową. Nic więcej.
Z perspektywy czasu nie żałuję. Myślała, że może spróbować wszystkiego i wrócić, jeśli się nie uda. Życie tak nie działa.
Zrozumiałem, że zasługuję na kogoś, kto mnie wybierze, a nie na kogoś, kto trzyma mnie w gotowości.
A jeśli taka osoba istnieje, tym lepiej. W przeciwnym razie zbuduję swoje życie inaczej. Na moich warunkach.
Jego odejście było jak wstrząs elektryczny. Taki, którego się nie spodziewałem, ale którego potrzebowałem.