Trzy tygodnie później rzuciłam studia. Wynajęłam piwnicę z kiepskim ogrzewaniem i ścianami, które oddychały wilgocią. Łóżko było biurkiem. Chwiejący się stół – salą konferencyjną. Żyłam na zupkach instant i taniej kawie. Błagałam lokalne butiki o pożyczenie ubrań pokazowych. Większość się śmiała. Kilka się zgodziło.
Zaczęłam od wolontariuszek – prawdziwych kobiet. Pożyczone ubrania. Używany aparat. Edytowałam na zepsutym laptopie i pisałam opisy produktów, jakby od tego zależało moje życie.
Dwa tygodnie po premierze przyszło pierwsze zamówienie: 43 dolary. Płakałam – nie z powodu pieniędzy, ale dowodu. Obca osoba uwierzyła. Za każdym razem, gdy wątpliwości szeptały, że jestem tylko rzucającą studia, przychodziło kolejne zamówienie. Fitlook zaczęło oddychać.
„Mam nadzieję, że oszczędzasz na wypadek porażki”
Zamówienia mnożyły się. Biuro wielkości szafy nad pizzerią pachniało czosnkiem i zwycięstwem. Zaprosiłam rodziców, by to zobaczyli. Serce biło mi mocno, gdy podałam ojcu nasze pierwsze zestawienie przychodów i strat. „Odnotowaliśmy zysk w czwartym miesiącu.”
Przeleciał je wzrokiem jak ulotkę reklamową. „Mam nadzieję, że oszczędzasz na wypadek, gdy to się nie uda.”
Słowo zgnębiło mnie, mocniej niż odmowa inwestora. Uśmiechnęłam się, udając, że nie boli, a potem siedziałam w samochodzie przez godzinę, dłonie na kierownicy, próbując zszyć siebie na nowo.