Dziś wieczorem panowała tylko cisza.
Diana ziewnęła i przeciągnęła się.
„Zostanę tutaj, jeśli nie masz nic przeciwko” – powiedziała. „Nie zostawię cię dziś samej”.
Spojrzałam na nią i znów poczułam wdzięczność.
„Proszę” – powiedziałam.
Wstała, wyjęła koc z jednego z moich pudełek i nakryła się nim na drugim końcu sofy, jakby robiła to już setki razy.
Wstałam powoli, szeleszcząc sukienką, i poszłam do sypialni.
Pokój był pusty, oprócz łóżka z czystą pościelą i jednej lampy. Zamknęłam za sobą drzwi i stanęłam sama na środku pokoju.
Odpięłam perły i ostrożnie położyłam je na stoliku nocnym.
Zdjęłam sukienkę.
Materiał zsunął się jak zrzucona skóra. Złożyłam ją ostrożnie, nie dlatego, że zasługiwała na troskę, ale dlatego, że ja na nią zasługiwałam.
W lustrze wyglądałam inaczej.
Nie ładniej.
Nie gorzej.
Po prostu… rozbudzona.
Umyłam twarz. Woda była chłodna. Policzki miałam czerwone od płaczu, a oczy zmęczone.
Powoli czesałam włosy, każde pociągnięcie mnie uspokajało.
Potem położyłam się do łóżka.
Pościel była świeża i lekko pachniała detergentem.
W ciszy w końcu pozwoliłam sobie pomyśleć o Seattle. O ofercie pracy. O możliwości deszczu, anonimowości i horyzoncie, który nie znał mojej rodziny.
Nie wiedziałam dokładnie, kiedy pojadę.
Ale wiedziałam, że mogę.
Bo najtrudniejszą część już za mną.
Przestałam udawać.
W salonie usłyszałam, jak Diana się wierci i wzdycha – to głos przyjaciółki, która postanowiła być przy tobie, nawet bez twojej prośby.
Zamknęłam oczy.
I w ciemności pozwoliłam, by ostatnia myśl nocy osiadła w mojej piersi.
To nie był koniec.
To był mój pierwszy szczery początek od dawna.