Pewnego czwartkowego wieczoru, gdy Olivii nie było, Isabela ścierała kurz w gabinecie Don Ricarda, gdy usłyszała otwierające się drzwi. On wyglądał na zaskoczonego:
— Och, myślałem, że już poszłaś do domu.
— Mieszkam w kwaterach dla personelu, proszę pana — powiedziała z lekkim uśmiechem. — Łatwiej wtedy pracować do późna, jeśli trzeba.
Don Ricardo zawahał się:
— Jesteś inna niż pozostałe. One były… przestraszone.
Spojrzenie Isabeli było stanowcze:
— Strach prowadzi do błędów. Ja nie mam luksusu, by się mylić.
Ta odpowiedź wyraźnie go zaintrygowała, lecz zanim zdążył zapytać więcej, drzwi frontowe zatrzasnęły się z hukiem, a po marmurze rozległ się stuk obcasów Olivii — wróciła wcześniej niż zwykle.
Następnego ranka Olivia była nienaturalnie cicha. Została w swojej sypialni, prowadząc przyciszone rozmowy telefoniczne. Isabela zauważyła napięcie w jej głosie i to, jak unikała Don Ricarda podczas śniadania.
Tego wieczoru, gdy Isabela przechodziła obok głównej sypialni, usłyszała słowa Olivii przez uchylone drzwi:
— …Nie, mówiłam ci, żebyś tu nie dzwonił. On nie może się dowiedzieć. Jeszcze nie.
Puls Isabeli przyspieszył. Poszła dalej, zanim ktoś ją zauważył, ale jedno było pewne: cokolwiek Olivia ukrywała, było powodem, dla którego tyle służących „zawiodło”. A Isabela była coraz bliżej odkrycia prawdy…
Tydzień później Don Ricardo wyjechał w podróż służbową na dwa dni. Olivia miała tego ranka znakomity humor, nucąc pod nosem, gdy nalewała sobie mimozę.
O zmierzchu zniknęła: bez notatki, bez wyjaśnienia.
Isabela wykorzystała okazję. Weszła do głównej sypialni pod pretekstem zmiany pościeli, lecz jej prawdziwym celem było śledztwo.
Zaczęła od garderoby. Za rzędem sukien znalazła małą, zamkniętą szufladę. Spinką do włosów zdołała ją otworzyć. W środku był cienki kopert: rachunki hotelowe — wszystkie z nocy, gdy Don Ricardo był w domu — podpisane nazwiskiem innego mężczyzny.
Były tam też zdjęcia: Olivia z tym mężczyzną, śmiejąca się, całująca, wchodząca na prywatny jacht.
Isabela nie zabrała fotografii. Zamiast tego wyjęła telefon, zrobiła szybkie zdjęcia, a potem odłożyła wszystko dokładnie tak, jak znalazła.
Następnego ranka Don Ricardo wrócił. Wyglądał na rozkojarzonego, niemal zmęczonego. Isabela podała mu kawę i wsunęła prostą kopertę z wydrukowanymi zdjęciami obok porannej poczty.
Chwilę później po korytarzu rozległ się dźwięk tłuczonej porcelany:
— ISABELA! — głos Don Ricarda był twardy, lecz nie wściekły. — Skąd to masz?
— Były w szafie pańskiej żony, proszę pana — odparła spokojnie. — Uznałam, że powinien pan o tym wiedzieć.
Szczęka Don Ricarda napięła się:
— Jesteś tu… ile? Sześć tygodni? I zrobiłaś to, czego nikt nie potrafił przez trzy lata.
Tego samego wieczoru doszło do konfrontacji. Olivia początkowo wszystkiemu zaprzeczała, lecz gdy Don Ricardo pokazał jej rachunki i zdjęcia, jej opanowanie się załamało.
— Myślisz, że jesteś taka sprytna, wciągając ją w to? — syknęła w stronę Isabeli. — Zrujnowałaś mnie!
— Nie — powiedział Don Ricardo chłodno. — Sama się zrujnowałaś. Ona miała tylko cierpliwość, by pozwolić ci to zrobić.
W ciągu kilku dni złożono papiery rozwodowe. Olivia opuściła rezydencję na zawsze, a jej groźby ucichły, zamieniając się w ciszę.
Don Ricardo zaproponował Isabeli stałe stanowisko — nie tylko jako gospodyni, lecz jako administratorka domu. Wynagrodzenie zostało podwojone.
— Wciąż nie wiem, jak ci się to udało — przyznał pewnego popołudnia.
Isabela ledwie się uśmiechnęła:
— Nie grałam w jej grę. Po prostu pozwoliłam jej grać, aż przegrała.
To było niemożliwe: wytrzymać dłużej niż Olivia i wydobyć prawdę na światło dzienne. A robiąc to, Isabela nie tylko zachowała pracę… całkowicie przepisła równowagę w tym domu