Zawsze wierzyłem, że pasożyty rzadko zdają sobie sprawę, że zabijają żywiciela, dopóki ciało nie wystygnie całkowicie. Przez ponad dekadę mój dom rodzinny był powoli pożerany od środka.
Polem bitwy była Commonwealth Estate, rozległa, porośnięta bluszczem, zabytkowa posiadłość z czterema sypialniami, położona w jednej z najbogatszych dzielnic Bostonu. Była to warta 1,2 miliona dolarów forteca z mahoniowymi wykończeniami, witrażami i cichą godnością. Moi dziadkowie ze strony matki kupili ten cud architektury wkrótce po tym, jak moja matka przegrała brutalną, bolesną walkę z rakiem piersi. Miałem zaledwie osiem lat. Mój ojciec, Mark, był absolutnym duchem człowieka, zdruzgotany żałobą, ledwo zdolnym utrzymać swoją firmę konsultingową, nie mówiąc już o wychowaniu córki. Moi dziadkowie – święci kroczący wśród śmiertelników – wprowadzili się, aby mnie wychować i ustabilizować rozbite resztki naszej rodziny.
Przez krótką, złotą erę dom był dla mnie sanktuarium.
Potem mój ojciec pojechał na konferencję biznesową do Chicago. Szukał tam kontaktów biznesowych. Wrócił z Tracy.
Tracy była „koordynatorką wydarzeń”, obdarzoną drapieżnymi instynktami wygłodniałego rekina. Wyczuła krew w wodzie – pogrążona w żałobie, umiarkowanie zamożna wdowa mieszkająca w wielomilionowej posiadłości w Bostonie. W ciągu trzech miesięcy od pierwszego uścisku dłoni spakowała swoje życie, przeciągnęła dwójkę dzieci przez kraj i zatopiła swoje wypielęgnowane pazury w moim ojcu. Sześć miesięcy później obrączka ciążyła jej na palcu.
Z Tracy przyszedł bagaż. Brandon, wówczas jedenastoletni, był wyjątkowo leniwym, rozpieszczonym bachorem, który uważał, że świat jest mu winien utrzymanie. Siedmioletnia Sierra była jedynie pustym płótnem, które Tracy systematycznie malowała, tworząc płytki, materialistyczny klon samej siebie.