Siedziałem sam w samochodzie, z zimnym silnikiem, a moje dłonie spoczywały ciężko na kierownicy w pozycjach dziesiątej i drugiej, z czystej pamięci mięśniowej. Parking przed komisariatem bazy skąpany był w ostrym, sodowo-pomarańczowym blasku latarni ulicznych, kontrastującym z głęboką, aksamitną ciemnością wnętrza mojego sedana. Nadal miałem na sobie galowy granat. Materiał był sztywny, nieubłagany i wymuszał pozycję, z której nie mogłem się ruszyć, nawet gdybym chciał.
Wpatrywałem się w nicość – tylko w drobinki kurzu tańczące w świetle reflektorów przejeżdżającego samochodu. Mój telefon zawibrował na konsoli środkowej. Raz. Potem znowu, szybkie, staccato wibracji, które domagało się uwagi.