„Och, Sarah, kochanie” – jej głos brzmiał słodko i lekko w słuchawce. To był ton, którego używała, prosząc o przysługę, ale tak naprawdę była to prośba. „Trzęsę się! Przymierzam stroje od rana. Niebieska jedwabna sukienka czy czerwona sukienka kopertowa? Co myślisz?”
„Niebieska” – powiedziałam natychmiast. „Wyróżnia twoje oczy”.
„Masz rację. Masz naprawdę dobry gust” – powiedziała cicho. Potem zapadła cisza. Ciężka, napięta cisza. „Słuchaj, kochanie. Nastąpiła drobna zmiana w planach na jutro”.
Odłożyłam długopis. „Jaka zmiana? Restauracja potrzebuje 24 godzin na zmiany w menu, Lindo”.
„O nie, nie chodzi o jedzenie! Jedzenie jest w porządku” – powiedziała lekko. „Chodzi o… listę gości”.
„Kto odwołał?” – zapytałam, wyciągając listę.
„Nikt nie odwołał” – powiedziała. „Ale tak sobie myślałam… pięćdziesiąt to taka kameralna liczba. To coś koło setki. To bardzo osobiste. I zdałam sobie sprawę, że chcę, żeby była tam tylko moja rodzina”.
Zmarszczyłam brwi. „Dobrze… cóż, większość listy gości to rodzina. Twoje siostrzenice i siostrzeńcy, twoja siostra…”
„Nie, kochanie” – przerwała, lekko podnosząc głos. „Moja prawdziwa rodzina. Moje dzieci. Mark, Tara, Evan. I może moja siostra. Tylko my dwie. Mała, kameralna kolacja”.
Mój umysł nie mógł przetworzyć tego, co mówiła. „Lindo, przyjdzie czterdzieści osób. Mamy osobną salę. Przyjdzie fotograf, żeby zrobić zdjęcia na tej „wielkiej imprezie”, którą chciałaś”.
„Wiem, wiem” – westchnęła znudzonym tonem. „Ale obudziłam się dziś rano i poczułam się… przytłoczona. Nie chcę cyrku. Chcę tylko moich dzieci”.
A potem nadszedł cios.
„Więc” – kontynuowała – „myślę, że najlepiej będzie, jeśli jutro będą tu tylko krewni. Tylko rodzina”.
Cisza była tak przytłaczająca, że myślałam, że pęknie i uderzy mnie w twarz.
„Tylko dla rodziny” – powtórzyłam powoli.
„Tak”.
„Lindo” – powiedziałam lekko drżącym głosem. „Jestem żoną Marka. Jestem twoją synową”.
„Wiem, kochanie” – powiedziała protekcjonalnie. „I kochamy cię. Ale wiesz, jak to jest. Czasami po prostu chcesz być z ludźmi, z którymi dorastałaś. Z własną krwią. To typowe macierzyństwo”. Teraz byś tego nie zrozumiała”.
Zatrzymała się, a potem dodała: „Poza tym, kiedy tam jesteś, po prostu biegasz i stresujesz się serwetkami i kelnerami. To psuje atmosferę. Wszyscy robią się spięci. Jeśli zostaniesz w domu, Mark będzie mógł się zrelaksować i być moim synem, a nie twoim mężem”.