Pierwszy czarny SUV wjechał na zakurzony dziedziniec, jakby był właścicielem całej ulicy. Potem drugi. Potem trzeci. Ludzie wysiedli i nagle wszyscy przypomnieli sobie, żeby stać prosto.
Claraara stała nieruchomo w swojej maleńkiej kawalerce. Jej dłoń wciąż spoczywała na cienkiej zasłonie, której używała jako drzwi. W pomieszczeniu unosił się zapach pieprzu i dymu, od ryżu jollof, którym się właśnie podzieliła.
Czarno-biały uniform kelnerki przylegał do jej ciała po długim dniu pracy. Pot perlił się na jej czole. Stopy bolały, jakby ktoś je obwiązał kamieniami.
Na zewnątrz sąsiedzi zaczęli krzyczeć: „Kto tam? Czy ktoś nie żyje?”.
Serce Claraary waliło w piersi. Nie spodziewała się nikogo. Nikt jej nie odwiedził. Nikt jej nawet dobrze nie znał.
Samochody zatrzymały się. Kurz uniósł się w powietrze i powoli opadł, niczym brązowy pył.
Wtedy otworzyły się drzwi frontowe SUV-a.