Mężczyzna westchnął powoli, niemal z ulgą.
„Nazywam się Martins” – powiedział. „A ten staruszek, któremu przyniosłeś jedzenie…”
Oczy Claraary rozszerzyły się jeszcze bardziej.
Martins wskazał na drogę przed kompleksem, w stronę niedokończonego budynku z widokiem na ulicę.
„Austin” – kontynuował – „jest moim ojcem”.
Ciało Claraary zesztywniało. Jej umysł zawirował.
Ten stary bezdomny, którego karmiła każdego dnia, był czyimś ojcem. Ojcem bogatego człowieka. To nie miało sensu.
Claraara zamrugała szybko, jakby próbowała stłumić szok jednym mrugnięciem.
Głos Martinsa złagodniał, ale jego twarz pozostała poważna. „Szukaliśmy go”.
Claraara wstrzymała oddech.
Martins nachylił się bliżej i zniżył głos, jakby nie chciał, żeby cały kompleks go usłyszał.
„Poszedłem tam, gdzie mieszka” – powiedział. „Znalazłem go tam. A kiedy z nim rozmawiałem, opisał mi twoje miejsce.”