To była mała, ciemna szklana butelka z częściowo zerwaną etykietą i żółtawym osadem na dnie, taki, jaki zazwyczaj widuje się w laboratoriach farmaceutycznych lub raportach toksykologicznych.
„Znaleźliśmy to w twojej kuchni” – powiedział poważnie funkcjonariusz. „I musimy wiedzieć, czy rozpoznajesz tę substancję lub wiesz, jak znalazła się w jedzeniu twojej rodziny”.
Zajęło mi kilka sekund, zanim słowa w pełni dotarły do mnie, ponieważ mój umysł wciąż kurczowo trzymał się obrazu Leo ciężko dyszącego za tą zasłoną.
„Lunch?” – wyszeptałam w końcu, czując, jak każdy mięsień w moim ciele napina się z niedowierzania.
Funkcjonariusz powoli skinął głową, jakby wiedział, że każda sekunda sprawia, że rzeczywistość, którą mi przedstawia, staje się coraz bardziej uciążliwa.
„Pani sąsiadka wezwała karetkę” – wyjaśnił. „Znalazła męża, siostrę i syna nieprzytomnych w jadalni”.
Zamknęłam na chwilę oczy, próbując w myślach odtworzyć ostatni raz, kiedy widziałam rodzinę tego popołudnia, zanim pobiegłam do szpitala, żeby wziąć nocną zmianę.
Leo siedział przy stole i odrabiał zadanie domowe z matematyki, podczas gdy Nora kłóciła się z Evanem o to, jaki film obejrzą po kolacji. Scena tak normalna, że wydawała się teraz jakby z innego świata.
„Co jedli?” – zapytałam niemal automatycznie, bo lekarka we mnie wciąż szukała wzorców, podczas gdy matka we mnie się rozpadała.