Deszcz padał od samego rana, przemieniając ulice w lśniący, cichy welon. Kiedy szczyt wieczornego ruchu w restauracji minął, Amber zdała sobie sprawę, że już czterokrotnie przetarła ten sam stolik, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Bolały ją stopy, ale nie narzekała — ten mały diner był jej marzeniem, na które pracowała dzień i noc, prowadząc dwa różne zajęcia przez sześć długich lat.
Była już gotowa obrócić szyld z „OTWARTE” na „ZAMKNIĘTE”, kiedy go zobaczyła.
Chłopiec, może sześciu lub siedmiu lat, siedział na wózku inwalidzkim pod czerwonym neonem lokalu. Jego ubrania przylegały do ciała jak mokry papier, ręce zaciskał na obręczach wózka, drżąc. Brakowało kurtki, brakowało parasola — miał tylko cienką, wyciągniętą bluzę.