Grudzień zawitał do miasta zaskakująco wcześnie – na początku miesiąca witryny centrów handlowych rozświetliły się świątecznymi girlandami, a w powietrzu unosił się zapach jodeł i mandarynek. Blichtr i pośpiech zdawały się kpiące.
Klara szła korytarzem między biurowcami, wsłuchując się w echo kroków i przyciszonych rozmów, i ogarnęło ją dziwne przeczucie: święta Bożego Narodzenia były blisko, ale nie dla niej. W torbie znajdowała się lista płac, a kwoty na niej były zaskakująco wysokie: premia roczna, trzynasta pensja, premia za trudny projekt. Razem dało to sumę, z której powinniśmy być zadowoleni. Gdyby tylko nie było jednego „ale”.
W domu, w ich dwupokojowym mieszkaniu, „ale” siedział na kanapie z laptopem na kolanach i udawał, że pracuje.
Daniel – jej mąż, którego kochała od ośmiu lat; z którym przeszła przez mękę start-upu, narodziny i porażki różnych pomysłów biznesowych oraz przeprowadzkę do tego miasta; Z którym kiedyś dzieliła laptopa i jedno marzenie. Daniel, który przez trzy miesiące starannie unikał rozmów o pieniądzach.
„Cześć” – powiedziała Klara, zdejmując buty na korytarzu. „Chcesz coś zjeść?”
„Cześć, Klaro. Tak, coś lekkiego. Kończę raport”.