Jeden z techników kryminalistyki uklęknął przy wskazanym miejscu i ostrożnie wsunął dłuto pod jaśniejszą płytkę. W kuchni zapadła napięta cisza, przerywana jedynie metalicznym stukiem narzędzi. Po kilku chwilach płytka lekko drgnęła, a potem z głuchym trzaskiem oderwała się od podłoża. Pod nią ukazała się warstwa świeżego cementu, wyraźnie jaśniejsza od reszty podłogi.
Komendant Marek Nowak zmarszczył brwi.
— Proszę kontynuować — powiedział spokojnie.
Młotek uderzył w cement. Potem jeszcze raz. Fragmenty zaczęły się kruszyć i odpadać, odsłaniając coraz głębszą warstwę. W pomieszczeniu narastało napięcie. Magdalena Kowalska stała przy ścianie z rękami skrzyżowanymi na piersi. Starała się wyglądać spokojnie, ale jej wzrok nerwowo śledził każdy ruch techników.
Po kilku minutach jeden z nich nagle się zatrzymał.

— Panie komendancie… proszę spojrzeć.
Wszyscy podeszli bliżej. W rozbitym betonie pojawił się fragment ciemnego materiału. Technik delikatnie odsunął kolejne kawałki cementu i po chwili stało się jasne, że to nie jest zwykły kawałek tkaniny.
To był rękaw kurtki.
W kuchni zapadła ciężka, przytłaczająca cisza.
— Odsłonić wszystko — polecił Marek Nowak.
Technicy zaczęli pracować szybciej, choć nadal z najwyższą ostrożnością. Po kilku minutach spod podłogi zaczęły wyłaniać się kolejne fragmenty ciała. Kiedy w końcu odsłonięto zwłoki w całości, nikt nie miał już wątpliwości.
To był Daniel Kowalski.
Jego twarz była nienaturalnie blada, a ubranie pokrywały resztki cementu i pyłu. Wszystko wskazywało na to, że ciało zostało ukryte w pośpiechu.
Magdalena zrobiła krok do tyłu. Jej oddech nagle przyspieszył.
— To… to niemożliwe… — wyszeptała.
Jednak w jej głosie nie było przekonania.
Policjanci spojrzeli na nią uważnie. Marek Nowak zrobił krok w jej stronę.
— Pani Magdaleno — powiedział cicho — będzie pani musiała pojechać z nami na komisariat.
Kobieta nagle podniosła głos.
— Nie! Ja nic nie zrobiłam! To był wypadek!
Wszyscy w kuchni zamarli.
Komendant patrzył na nią spokojnie.
— W takim razie proszę powiedzieć, co się wydarzyło.
Magdalena zakryła twarz dłońmi. Jej ramiona zaczęły drżeć.
— Pokłóciliśmy się… bardzo — wyszeptała. — Daniel powiedział, że chce odejść. Że ma już dość. Chciał nas zostawić… mnie i Anię.
Jej głos się łamał.
— Krzyczał, że spakuje swoje rzeczy i zniknie… że nie chce już tak żyć.
Na chwilę zamilkła, jakby próbowała uporządkować myśli.
— Rzuciłam w niego wazonem… tylko po to, żeby przestał krzyczeć. Nie chciałam go zabić. Trafiłam go w głowę… upadł… i już się nie podniósł.
W kuchni panowała taka cisza, że słychać było tylko ciężki oddech kobiety.
— Siedziałam przy nim długo… może kilka godzin — mówiła dalej. — Nie wiedziałam, co zrobić. Bałam się… bałam się, że zabiorą mi dziecko.
Łzy spływały po jej twarzy.
— Pomyślałam, że jeśli nikt się nie dowie… wszystko będzie mogło wrócić do normalności.
Policjanci milczeli.
— Wzięłam Anię i wyszłam z domu — powiedziała cicho. — Zostawiłam ją na chwilę u sąsiadki… potem pojechałam po materiały budowlane. W nocy rozbiłam podłogę i… schowałam go tam.
Jej głos prawie zanikł.