— Claire, jesteśmy w trakcie przyjęcia przedślubnego twojej kuzynki Jenny — powiedziała. W tle słyszałam śmiechy, brzęk kieliszków, kogoś proszącego o nożyczki do wstążek. — To może poczekać?
Stałam na parkingu przed szpitalem, z teczką w dłoniach, trzymając wynik biopsji, który właśnie podzielił moje życie na „przed” i „po”. Nogi trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam oprzeć się o samochód.
— Nie — odpowiedziałam. — Nie może poczekać. Mam raka.
Zapadła cisza — ale nie taka, jakiej się spodziewałam. To nie był szok. Ani smutek. Tylko irytacja, jakbym wniosła domowy problem w sam środek deseru.
— Boże — mruknęła. — Mówisz poważnie?
— Tak.
Kolejny stłumiony śmiech dobiegł z telefonu. Potem westchnęła.