Nie ma pojęcia, że za 27 minut do pokoju wejdzie gość i zmusi go do uklęknięcia.
Kółko oderwało się z suchym, plastikowym hukiem i uderzyło w nóżkę szafki kuchennej.
„Szmata!” krzyknęła Deniz, kopiąc szarą ramę wózka, która z hukiem upadła na ścianę.
— Nie mógłbyś po prostu postawić tego ohydnego czegoś na balkonie na chwilę?
W domu jest mnóstwo ludzi!
Tymi „ludźmi” w domu byli jego matka, Faina Wiktorowna, i jego młodszy brat, Sława.
Niedzielny rodzinny obiad w naszym mieszkaniu w Jekaterynburgu.
Stałem tam z miską pokrojonego chleba w ręku, wpatrując się w zepsute kółko.
Powoli przewróciła się na linoleum.
Kupiłam wózek w Avito za trzy tysiące rubli, bo GYES był zamknięty, a Deniz dawał pieniądze tylko we wtorki i tylko na lekcje.
O nowym samochodzie powiedział: „Naprawisz go, Tiomka ma już rok, niedługo znowu będzie jeździł”.
Spojrzałam na mikrofalówki.
Wyświetlacz wskazywał 17:33.
„Denizoczka, racja, Alinoczka” – powiedziała Faina Wiktorowna.
Usiadła przy stole i ostrożnie pokroiła sernik, który upiekłam rano.
„Dzieci normalnych ludzi siedzą w normalnych wózkach”.
A szkoda.
Mogłaś go chociaż porządnie umyć.
Położyłam chleb na stole.
Żołądek nie ścisnął mi się jak zwykle.
Po raz pierwszy od półtora roku nie czułam winy ani urazy.
Po prostu dziwna pustka, jak szum w uszach.
Schyliłem się, podniosłem brudne koło i położyłem je na parapecie. „Usiądź” – powiedział Deniz, przysuwając sobie krzesło.