Teraz nosił drobne plamy i ślady zużycia, sugerujące, że służył raczej do prac domowych niż do spędzania popołudni na mieście.
Obok zlewu piętrzyła się góra garnków i patelni, jakby ktoś uznał, że ta praca, i tylko ta, należy do niej.
Na początku mnie nie zauważyła.
Kontynuowała szorowanie w cichym, metodycznym rytmie kogoś, kto nauczył się pracować bez sprzeciwu.
Potem w pokoju rozległ się wysoki głos.
„Meredith! Nie zapomnij o tacach, kiedy skończysz”.
Głos dobiegał zza drzwi za nią.
Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, kto to był.
Moja młodsza siostra, Allison Reed, opierała się o framugę drzwi z wyrafinowaną pewnością siebie, która sugerowała, że spędziła wieczór na zabawianiu gości, a nie na zmywaniu naczyń. Miała na sobie obcisłą czarną sukienkę i staranny makijaż, jakby przygotowywała się do jakiegoś formalnego wydarzenia, a nie wydawała polecenia w czyjejś kuchni.
„A jak skończycie gotować” – dodała niecierpliwie – „idźcie posprzątać też patio. Straszny bałagan”.
Meredith skinęła głową, nie podnosząc wzroku.
„Dobrze” – mruknęła cicho.
Spokojne posłuszeństwo zawarte w tym prostym słowie sprawiło, że coś głęboko we mnie zacisnęło się.
Dopiero gdy Allison spojrzała w moją stronę i w końcu mnie zauważyła, atmosfera się zmieniła.
Wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił.
„Evan?” – wyjąkała. „Co ty tu robisz?”
Słysząc moje imię, Meredith powoli uniosła głowę.
Kiedy jej oczy spotkały się ze mną, ulga nie była pierwszym uczuciem, jakie przyszło mi do głowy.
To była niepewność.