Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży, kiedy przyszły papiery rozwodowe.
Nie podczas dramatycznej konfrontacji.
Nie w środku jakiejś wybuchowej kłótni.
Zostały dostarczone przez kuriera.
Dzwonek do drzwi zadzwonił w ponury, szary czwartkowy poranek, kiedy powoli człapałam korytarzem — jedną ręką przyciskając dolną część pleców, drugą opierając się o ścianę, bo mój środek ciężkości całkowicie zniknął.
Kiedy otworzyłam drzwi, młody dostawca uprzejmie się uśmiechnął i podał mi clipboard.
— Wymagany podpis.
Jego głos był pogodny, jakby dostarczał mi sweter zamówiony online.
Podpisałam.