Publicité

Mój mąż wyjechał odwiedzić swoich „chorych” rodziców, a ja postanowiłam zrobić mu niespodziankę i wpadłam bez zapowiedzi…

Publicité

Igor mówił przekonująco, ale unikał kontaktu wzrokowego. Pospiesznie zbierał swoje rzeczy, jakby nie chciał spóźnić się na pociąg.

— Którym pociągiem jedziesz? — zapytała żona.

— Tym zwykłym, o siódmej wieczorem.

— Chcesz, żebym cię odwiózł na dworzec?

— Nie trzeba. Sama tam dotrę.

Igor pocałował żonę i pospiesznie wyszedł. Julia została w mieszkaniu pełnym niewypowiedzianych słów i dziwnych zbiegów okoliczności.

Sobotni poranek spędziła na rozmyślaniach. Jej myśli były chaotyczne i nie dawały spokoju. Z jednej strony niesprawiedliwe było oskarżanie męża o kłamstwo bez dowodów. Z drugiej strony, w ciągu ostatniego miesiąca wydarzyło się zbyt wiele dziwnych rzeczy.

— Czy ja naprawdę jestem taka podejrzliwa? — Julia zganiła samą siebie. — Może moi teściowie naprawdę są chorzy, a ja się o nic nie martwię?

Do południa podjęła decyzję. Gdyby jej teściowie rzeczywiście byli chorzy, z pewnością byliby wdzięczni za opiekę synowej. Julia przyniosłaby domowe ciasto, kupiła owoce, zebrała trochę smakołyków i pojechała odwiedzić teściów.

—Zrobię im niespodziankę — postanowiła. — A przy okazji zaskoczę też Igora…

W kuchni panował przyjemny chaos. Julia wyrabiała ciasto na ciasto — przepis jej mamy, prawdziwy specjał. Podczas gdy ciasto piekło się w piekarniku, Julia szybko poszła do sklepu po owoce i sok.

O trzeciej po południu wszystko było gotowe. Pachnące ciasto stygło na stole, a przy drzwiach stała torebka pomarańczy i bananów. Julia włożyła piękną sukienkę, zrobiła makijaż i pojechała na dworzec.

W pociągu uśmiechała się, wyobrażając sobie, jak zaskoczy męża swoim nagłym pojawieniem się. Igor otwierał drzwi, widział żonę z torbą pełną smakołyków, mrugał oczami ze zdziwienia, a potem wybuchał radosnym śmiechem.

—Julia? „Skąd jesteś?” — pytał jej mąż.

„Myślałam, że tylko wpadnę” — odpowiadała Julia. „Zająć się chorymi”.

Podróż do domu rodzinnego zajęła półtorej godziny. Ludmiła Pawłowna i Wiktor Siemionowicz mieszkali w małym miasteczku pod Moskwą, w domu w zabudowie bliźniaczej z ogrodem. Igor dorastał w tym miejscu i znał każdy zakątek domu.

Julia podeszła do znajomej furtki i nacisnęła dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły i na progu stanęła jej teściowa.

„Julia?” — zapytała zaskoczona Ludmiła Pawłowna. „Co ty tu robisz?”

Wyglądała pięknie. Różowe policzki, błyszczące oczy, ani śladu choroby. Miała na sobie sportowy dres, a włosy starannie związane w kucyk.

„Ludmiło Pawłowno, witaj” — powitała Julia, zdezorientowana. „Przyszłam cię odwiedzić. Igor powiedział, że jesteś chora”.

„Chora?” — teściowa szczerze się zaśmiała. — Jaką chorobę? Jesteśmy zupełnie zdrowi! Skąd te plotki?

Julia poczuła, jak krew napływa jej do twarzy. Serce zaczęło bić szybciej, a torby ze smakołykami nagle zrobiły się ołowiane.

— Ale Igor… Mówił, że się tobą opiekuje. Że źle się czujesz.

— Opiekujesz się? — Ludmiła Pawłowna pokręciła głową. — Julio, nie widzieliśmy naszego syna od tygodnia! Może nawet dłużej!

Z domu dobiegł głos teścia:

— Ludo, kto tam?

— Julia jest z nami! — zawołała teściowa.

Publicité