W holu pojawił się Wiktor Siemionowicz. Mężczyzna siedemdziesięcioletni, siwy, ale wciąż krzepki, w roboczych spodniach i kraciastej koszuli. Najwyraźniej niedawno pracował w warsztacie.
— Och, synowa! — powiedział radośnie. — Co za niespodzianka! Rzadko tu zaglądasz!
— Wiktor Siemionowicz, gdzie jest Igor? — zapytała natychmiast Julia.
— Skąd mam wiedzieć? — mężczyzna wzruszył ramionami. — Może w pracy? A może u ciebie w domu?
— Powiedział, że przyszedł do ciebie, bo jesteś chora i potrzebujesz opieki.
Teść wymienił spojrzenia z żoną.
— Julio, nie jesteśmy chorzy. A Igora dawno tu nie było. Kiedy go ostatnio widzieliśmy… Ludo?
— W dzień św. Piotra — przypomniała sobie teściowa. — W lipcu. Przyjechał na urodziny ojca.
— Właśnie. Od tamtej pory nawet nie zadzwonił — potwierdził Wiktor Siemionowicz.
Julia czuła, jakby wszystko w niej się waliło. Każde wyjaśnienie męża, każda wizyta u „chorych” rodziców okazywała się kłamstwem. Zupełnym, bezczelnym kłamstwem.
— Julio, co się stało? — zapytała zaniepokojona Ludmiła Pawłowna. — Blado wyglądasz. Wejdź, idziemy na herbatę.
— Dziękuję, ale muszę iść — mruknęła Julia.
— Idź? Dopiero co przyjechałaś! I ciasto przyniosłaś, widzę! — nalegała teściowa.
— Kiedy indziej — powiedziała Julia, podając torby. — Dla ciebie. Smacznego.
— A gdzie jest Igor? — teść nie zrozumiał. — Czemu go z tobą nie ma?
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze Julia.
Ludmiła Pawłowna i Wiktor Siemionowicz odprowadzili synową do bramy, patrząc na siebie pytająco. Julia szła na przystanek autobusowy; nogi ciążyły jej na całym ciele.
W głowie miała plątaninę myśli: gdzie Igor spędził weekend? Z kim? Dlaczego używał rodziców jako przykrywki? A przede wszystkim – jak długo to kłamstwo trwało?
Autobus na dworzec jechał pół godziny. Julia patrzyła przez okno na szare wrześniowe krajobrazy i próbowała zebrać myśli. Każda podróż męża do rzekomo chorych rodziców wydawała się teraz żartem, cyniczną manipulacją.
— Więc podczas gdy ja martwiłam się o jego rodziców, on… — Julia nie mogła dokończyć myśli.
W pociągu sięgnęła po telefon i chciała zadzwonić do Igora. Potem zmieniła zdanie. O co miała zapytać? Gdzie jesteś? Z kim? Dlaczego kłamiesz?
Lepiej poczekać w domu. Spojrzeć mu w oczy, kiedy Igor będzie próbował wytłumaczyć kolejne kłamstwo.
Julia wróciła do domu około ósmej wieczorem. W mieszkaniu było cicho i pusto. Usiadła na kanapie i czekała. Igor wrócił w poniedziałek rano, jak zwykle. Klucze zabrzęczały w zamku, drzwi się otworzyły. Wszedł zmęczony i zmizerowany, z tą samą torbą sportową.
— Cześć, — mruknął Igor, idąc do sypialni. — Jak minął weekend?
— Dobrze, — odpowiedziała spokojnie Julia. — A ty?
— Trudno. Moi rodzice są naprawdę chorzy.
— Naprawdę? — Julia wstała z kanapy. — Co im właściwie jest?
— Mama ma gorączkę, tata mierzył mu ciśnienie całą noc. Mamy to już za sobą.
Igor odezwał się, nie podnosząc wzroku, wrzucił brudne pranie do kosza i wyjął lekarstwa z torby.
— Igor, — powiedziała cicho Julia. — Spójrz na mnie.
Jej mąż uniósł głowę. W jego oczach błysnął cień zaniepokojenia.
— Gdzie byłeś przez te wszystkie dni? — Julia zapytała natychmiast.
— Gdzie? Z moimi rodzicami. Mówiłam ci.
— Twoi rodzice są zdrowi. Nie widzieli cię od tygodnia.