Publicité

Moja siostra trzymała insulinę nad zlewem i powiedziała: „Skoro ja nie mogę zachorować na cukrzycę, to ty też nie”. Kiedy błagałem ją, żeby przestała, roześmiała się i powiedziała: „Już się pocisz. Ile? 400? Ile czasu minie, zanim twoje organy odmówią posłuszeństwa?”. Nie powiedziałem ani słowa. To było dziewięć dni temu. Dziś rano płakała w sądzie, podczas gdy odczytywano zarzuty.

Publicité

Zdania były prawdziwymi zagadkami.

„Pff, wcale nie jesteś przekonujący!” wykrzyknęła, rozłączając się. „To nic nie da!”

Zalała mnie fala mdłości. Skrzywiłam się, serce waliło mi w gardle. Nic tylko żółć. Jade wzdrygnęła się z obrzydzeniem, ale filmowała dalej, opisując moje objawy kamerze niczym szalony naukowiec. „Obiekt… ma odruch wymiotny. Jej skóra jest blada i wilgotna…”

Kiedy film się skończył, opadłam na podłogę, opierając plecy o kuchenne szafki. Chłód płytek był przyjemny.

„Musisz być trochę… bardziej funkcjonalna”, mamrotała, chodząc tam i z powrotem. Czuła, jak jej pozycja słabnie. Gdybym straciła przytomność, zanim zdążyłabym się przyznać, nie miałaby już żadnego wpływu.

Chwyciła notes i zapisała wyznanie. „Proszę. Przepisz to”. Własnym pismem”. Podała mi długopis. Ręka trzęsła mi się tak bardzo, że nie mogłam jej chwycić. Upadła na ziemię z chrupnięciem.

Widzenie mi się rozmazało. Przed oczami tańczyły mi czarne plamy. Jade lekko poklepała mnie po policzku. «Skup się!»

Traciła mnie. Wiedziała o tym. Podjęła desperacką decyzję. Wstrzyknęła odrobinę insuliny do strzykawki. «Wystarczy, żebyś otrzeźwiała», powiedziała. «Nie żeby cię ratować. Tylko żebyś była na tyle przytomna, żeby się przyznać.»

Igła zbliżyła się do mojego ramienia. Próbowałam się cofnąć, ale nie miałam siły.

Nagle coś się stało. Drzwi samochodu zatrzasnęły się na zewnątrz.

Jade zamarła. Podbiegła do okna i wyjrzała przez okiennice. «Cholera!» To była nasza starsza sąsiadka, pani Bufort, idąca po gazetę. Jade patrzyła za nią, drżąc z paniki, aż pani Bufort wróciła do domu. To przerwanie jej zdenerwowało ją.

Odwróciła się do mnie. Zgarbiłam się jeszcze bardziej, mój oddech stał się cięższy. Oddech Kussmaula. Ostatnia, desperacka próba wydalenia kwasu.

Trzymała strzykawkę niepewnie. Podanie mi insuliny oznaczało utratę kontroli. Uklękła więc z fiolkami w dłoni. „Uprościmy to. Zadaję ci kilka pytań. Po prostu kiwnij głową na znak, że tak”.

Przesunęła telefon i znowu zaczęła nagrywać. „Pomogłaś mi udawać cukrzycę?” Słabo skinęła głową. „Wyjaśniłaś mi objawy?” Kolejne skinienie. Ale moje ruchy były nieśmiałe, niezdecydowane. Bezużyteczne jako wyznanie.

Nowy dźwięk. Dzwonek do drzwi.

Oboje podskoczyliśmy. Oczy Jade rozszerzyły się w panice. Furgonetka dostawcza. Kierowca stał przed naszymi drzwiami z paczką w ręku. Jade musiała ją otworzyć. Schowała butelki, wycelowała we mnie nożem – cisza! – i pobiegła do drzwi wejściowych.

Usłyszałam jego głos; Udawał wesołość. Kierowca prosił o autograf. Drzwi się zamykały. Jego kroki, szybkie i nerwowe.

Widziała, jak czołgam się w stronę salonu. Nie przeszłam nawet metra. Złapała mnie za kostkę i pociągnęła po kafelkowej podłodze. Ten ruch wywołał ostry ból głowy. Jej złość była namacalna. Jej idealny plan rozpadał się w proch.

Wyciągnęła wszystkie pozostałe butelki i ustawiła je w rządku na blacie. „Ta” – syknęła – „jest za przyjęcie urodzinowe, które zepsułaś. Ta, za wakacje, które kręciły się wokół ciebie. Ta, za wszystkie te razy, kiedy mama sprawdzała ci poziom cukru zamiast pytać, jak minął mi dzień!”.

Włączyła młynek. Trzymała nad nim butelkę.

„Ostatnia szansa” – powiedziała. „Skiń. Teraz. Inaczej spłuczę wodę”.

Ale gdy to mówiła, dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie. Uporczywy i regularny.

„Kto teraz?” – zawołała. To była pani Bufort, która znowu wróciła; Jej głos odbił się echem od drzwi. „Dziewczyny? Wszystko w porządku? Widziałam dostawcę i powiedział, że wyglądałaś… blado, Jade. Przyniosłem ciasto na Święto Dziękczynienia”.

Jade zesztywniała. Pani Bufort była miła, uważna i bardzo wytrwała. Nie chciała wychodzić.

„Powiedz jej, że wszystko w porządku!” syknęła do mnie Jade. „Wyciągnij ją stąd!”

„Ja… nie dam rady” – jęknęłam. Insulina zaczęła trochę działać, mgła się rozwiała, ale moje ciało było zbyt słabe.

„Pani Bufort! Nic nam nie jest!” Jade zawołała do drzwi. „Pośpimy jeszcze trochę!”

„No cóż, kochanie, trochę się martwię” – kontynuowała pani Bufort, podchodząc bliżej. „Wiem, że twoi rodzice nie żyją, a biorąc pod uwagę stan Chloe… Chyba po prostu skorzystam z zapasowych kluczy, żeby zajrzeć”.

Rodzice dali jej klucz do izby przyjęć. To był koniec. Jade zbladła. Wiedziała, że ​​to koniec. Spojrzała na fiolki, potem na mnie, a potem na nóż.

„Jeśli i tak będę musiała umrzeć” – mruknęła – „chodź ze mną”.

Chwyciła ostatnie fiolki i pospieszyła do kosza na śmieci. Ale insulina, ta mała dawka, wystarczyła. Kiedy się odwróciła, nie czołgałam się. Stanęłam. Trzymałam się blatu.

Publicité