„Tak, proszę pani”.
Odwróciłam się, żeby wyjść, gdy zobaczyłam coś leżącego na krawędzi biurka Sary: bezprzewodowy terminal do kart kredytowych. Przenośny system sprzedaży, którego używaliśmy podczas prywatnych degustacji i imprez. Mały, czarny, mniej więcej wielkości książki w miękkiej oprawie. Chwyciłam go i schowałam do kieszeni kombinezonu.
„Będzie mi to potrzebne” – powiedziałam.
Oczy Sary rozszerzyły się, ale nie zadawała żadnych pytań. Mądra dziewczyna.
Wyszłam z biura i poszłam głębiej korytarzem dla personelu, w stronę skrzydła ochrony. Moje buty trzęsły się przy każdym kroku. Błoto na kombinezonie w niektórych miejscach zaschło i utworzyło sztywną, nieprzyjemną skorupę na skórze. Nie dbałam o to. Chciałam pozostać brudna. Chciałam wyglądać dokładnie tak, kiedy stanę twarzą w twarz z Bellą – ubłocona, rozczochrana, chodząca pamiątka tego, kto tak naprawdę dba o utrzymanie tej posiadłości, podczas gdy ona ubierała się w kradzione luksusy.
Biuro ochrony znajdowało się w piwnicy i można było się tam dostać tylko za okazaniem karty wstępu. Przesunęłam kartę i otworzyłam ciężkie drzwi. Frank Miller, nasz szef ochrony, podniósł wzrok znad monitorów. Miał pięćdziesiąt kilka lat, sylwetkę emerytowanego futbolisty amerykańskiego, siwe włosy krótko przycięte w stylu wojskowym. Pracował dla mojej rodziny od dwudziestu lat. Jeśli ktokolwiek mógłby mnie wesprzeć, to właśnie Frank.
„Catherine?”
Wstał, a jego wyraz twarzy zmienił się z zaskoczenia w zaniepokojenie.
„Co się, u licha, dzieje? Widziałam samochody, ale Sarah powiedziała…”
„Sarah dostała fałszywego e-maila” – przerwałam jej. „Bella urządza imprezę. U mnie w domu. Bez mojej zgody”.
Frank zacisnął szczękę.
„Chcesz, żebym to wyłączył?”
« Jeszcze nie. »
Podeszłam do ściany z monitorami, na której na dwunastu ekranach wyświetlano różne widoki posiadłości. Znalazłam ekran pokazujący dużą jadalnię i taras.
„Przede wszystkim chcę wiedzieć dokładnie, z czym mamy do czynienia”.
Przysunąłem sobie krzesło, całe ubrudzone błotem, i usiadłem, żeby oglądać przyjęcie siostry na kamerze. Pomieszczenie techniczne było ciasne i funkcjonalne, z betonowymi ścianami i brzęczącym sprzętem. Pachniało elektroniką i zwietrzałą kawą. Jarzeniówki na górze migotały od czasu do czasu, rzucając na wszystko ostre, niekorzystne światło. To było przeciwieństwo luksusu panującego na górze. Tu na dole nie było szampana. Nie było kwartetów smyczkowych. Żadnej iluzji elegancji. Tylko ja, Frank i prawda wyświetlana na dwunastu monitorach monitoringu.
Nie przebrałem się. Błoto na moim kombinezonie całkowicie wyschło i utworzyło sztywną, niewygodną warstwę, która szarpała moją skórę przy każdym ruchu. Strasznie swędziała. Kawałki zaschniętego brudu odpadały, gdy wierciłem się na krześle. Ale się nie ruszyłem. Chciałem poczuć ten dyskomfort. Chciałem, żeby podsycił mój gniew. Żeby przypomniał mi, dlaczego miałem zniszczyć świat Belli.
„Frank” – powiedziałem, wpatrując się w monitory. „Zamknąć wszystkie wyjścia. Nikt nie wchodzi, nikt nie wychodzi”.
Bez wahania sięgnął po radio.
„Zrozumiałem. Powiadomię obsługę przy bramce”.
Na dużym ekranie widziałem, jak impreza rozwija się w czasie rzeczywistym. Bella stała teraz w wielkiej sali balowej, otoczona gośćmi, chłonącymi każde jej słowo. Wysoki mężczyzna obok niej – jej narzeczony, jak przypuszczałem – obejmował ją w talii. Był przystojny w ten typowy dla siebie, uprzywilejowany sposób. Mocna linia szczęki. Drogie uczesanie. Ten rodzaj nonszalanckiej pewności siebie, która wynika z faktu, że nigdy nie trzeba się martwić o pieniądze. Preston Sterling, według listy gości, którą pokazała mi Sarah, spadkobierca farmaceutycznej fortuny, z majątkiem netto wartym miliardy. Typ mężczyzny, który spełniłby marzenia Belli: luksusowe życie bez konieczności pracy. Starsza para stała nieopodal. Margaret Sterling, kobieta o srebrzysto-siwych włosach i perłach, która patrzyła na mnie, jakbym była dosłownie brudna, i mężczyzna, który, jak przypuszczałam, był ojcem Prestona, równie wytwornym i arystokratycznym.
Frank dostroił dźwięk i nagle ich usłyszałam.
„Naprawdę wspaniała posiadłość” – powiedziała Margaret czystym, wytwornym głosem. „Od jak dawna należy do twojej rodziny, droga Bello?”
Śmiech Belli brzmiał melodyjnie i wyćwiczony.
„Och, od pokoleń. Mój pradziadek zbudował główny dom w latach dwudziestych XX wieku. Winnica jest nasza od tamtej pory”.
Kłamstwa. Wszystko jest kłamstwem.
„A zarząd?” – kontynuowała Margaret. „Wspominałaś o wynajętym zarządcy? O… Catherine”.
„Tak”. Ton Belli zmienił się i stał się lekceważący. „Myślę, że jest wystarczająco kompetentna. Ale potrafi być trudna. Jest bardzo zaborcza, jeśli chodzi o codzienne sprawy”. Moi rodzice trzymają ją z lojalności wobec rodziny. Pracują tu od dziesięcioleci, ale szczerze? Jest trochę chciwa.