To był chłodny październikowy poranek w Vancouver — taki, który sprawia, że wierzysz, iż wszystko jest spokojne i zwyczajne. Ulice pokrywały złote i czerwone liście, a powietrze było ostre, pachnące cedrem i deszczem. Właśnie odwiozłem moją żonę, Margaret, na lotnisko.
Wyjeżdżała na to, co nazywała „wellness retreat” w Kelownie. Pięć dni jogi, spa i relaksu. Przynajmniej taka była wersja. Ledwie na mnie spojrzała, gdy wysiadała z samochodu.
— Nie zapomnij podlać moich orchidei — powiedziała, jakby zlecając zadanie, a nie żegnając się.
Pochyliłem się, żeby ją pocałować. Odwróciła policzek.
Powiedziałem sobie, że to nic nie znaczy