Moja córka wyglądała olśniewająco. Miała na sobie suknię od Very Wang, szytą na miarę, która kosztowała więcej niż pierwszy dom, jaki kiedykolwiek kupiłam. Śmiała się, odrzucając głowę do tyłu, z kryształowym kieliszkiem vintage Dom Pérignon w dłoni. Obok niej stał Marcus.
Marcus Thorne. „Wizjoner technologii”, jak sam o sobie mówił. Dla mnie wyglądał jak rekin w smokingu Toma Forda. Trzymał rękę na talii Lydii, zaznaczając swoją pozycję. Zauważyłam jednak, że nie patrzy na swoją żonę. Przeszukiwał tłum, licząc majątek zaproszonych przeze mnie gości – senatorów, inwestorów, gigantów przemysłu. Nie patrzył na ślub, tylko na spotkanie networkingowe.
„Pani Sterling?”
Odwróciłam się i zobaczyłam moją osobistą asystentkę, Sarah, która wyglądała na zapracowaną. Trzymała notes, który zdawał się ważyć jakieś dwadzieścia kilogramów.
„Kwiaciarnia prosi o dodatkowe dziesięć tysięcy dolarów” – wyszeptała, przepraszając. „Lydia uznała, że białe róże nie są wystarczająco białe i chce, żeby zastąpiły je storczyki, zanim ceremonia się rozpocznie za dwie godziny”.
Westchnęłam, sięgając po długopis. „Zapłać, Sarah. Po prostu zapłać”.
„Eleanor, rozpieszczasz ją” – rozległ się głos z progu. To był Charles, mój prawnik i najstarszy przyjaciel. Wyszedł na balkon, obracając w dłoni kieliszek szkockiej. „Ten ślub kosztuje cię cztery miliony dolarów. A ja nie widziałam, żeby choć raz podziękowała”.
„Jest szczęśliwa, Charles” – powiedziałam, choć słowa smakowały mi w ustach jak popiół. „Właśnie tego pragnęłam. Odkąd umarł jej ojciec… odkąd musiałam być i matką, i ojcem… chciałam jej dać cały świat, żeby zrekompensować puste miejsce przy stole”.
„Dałeś jej cały świat” – mruknął Charles, patrząc na parę. „Ale myślę, że teraz chce Układu Słonecznego”.
Spojrzałam z powrotem na plażę. Lydia zauważyła mnie na balkonie. Na chwilę nasze oczy się spotkały. Uśmiechnęłam się, czując narastający instynkt macierzyński, i uniosłam rękę, machając.
Nie odmachała. Zmarszczyła brwi, skinęła na Marcusa i wskazała na mnie. To nie był gest czułości. To był gest, jaki wykonuje się, wskazując plamę na obrusie.
„Muszę tam zejść” – powiedziałam, wygładzając jedwab sukienki. „Muszę dać im moje błogosławieństwo przed ceremonią”.
„Uważaj, Eleanor” – ostrzegł Charles cicho. „Przeprowadziłem to sprawdzenie przeszłości Marcusa, o które prosiłaś. Pełne. Wyniki przyszły dwadzieścia minut temu. Są na twoim biurku”.
„Zajrzę do niego później” – powiedziałam, ignorując zmartwienie. „Dziś jest jej dzień. Nie zepsuję go matczyną paranoją”.
Schodziłam po wielkich marmurowych schodach, mijając obsługę cateringu niosącą tace z kawiorem i truflami ze złotymi listkami. Wyszłam na piasek, a moje obcasy lekko zapadały się w ziemię, która należała do mnie.
„Mamo!” zawołała Lydia, gdy się zbliżyłam. Jej głos był ostry, pozbawiony ciepła, które pamiętałam z jej dzieciństwa. „Jesteś za wcześnie. Zdjęcia będą dopiero za godzinę. I to tę suknię wybrałaś? Jest trochę… przyciągająca uwagę, prawda?”
„Chciałam tylko zobaczyć moją piękną pannę młodą” – powiedziałam, ignorując uszczypliwość i wyciągając rękę, żeby poprawić jej welon.
Odsunęła się lekko. „Uważaj, mamo. Trzęsą ci się ręce. Zahaczysz koronką”.
Marcus zrobił krok naprzód, uśmiechając się, ale uśmiech nie sięgnął jego oczu. „Eleanor! Wyglądasz… wyjątkowo. Skład jest przyzwoity. Chociaż, szczerze mówiąc, kwartet smyczkowy wygląda trochę… budżetowo. Liczyliśmy na coś bardziej nowoczesnego”.