Nie zdążyłam nawet zaprotestować ani słowa powiedzieć, zanim zaciągnęła mnie do schowka w przedpokoju.
„Nie hałasuj. Musisz wszystko usłyszeć sama, inaczej mi nie uwierzysz”.
Przez wąską szparę dostrzegłam cień poruszający się w salonie. To była moja żona, rozmawiająca przez telefon. Na pierwszy rzut oka nic dziwnego — z jej rozmowy wywnioskowałam, że rozmawia z przyjaciółką, a nie z mężczyzną.
Chciałam wyjść, ale pokojówka powstrzymała mnie, prosząc, żebym poczekała jeszcze chwilę. Nie wiem dlaczego, ale posłuchałam. Kilka minut później usłyszałam coś, co odebrało mi mowę.