Sposób, w jaki powiedział „stop”, utknął mi w gardle. Ten ciepły, ale stanowczy ton, taki, jakim zwykli ludzie próbują przywrócić życie innym na właściwe tory. Wsiadłem na tylne siedzenie, a samochód jechał płynnie, jak we śnie.
Nie zapytałem go, dokąd jedziemy. Bałem się, że wybuchnę płaczem, jeśli otworzę usta. Wpatrywałem się więc przez okno w światła miasta, które mijały jedno po drugim, niczym wspomnienia blednące i nigdy nie powracające.
Po kilku minutach Sorin odwrócił się do mnie.
REKLAMA