Był upalny letni dzień. Powietrze drżało nad leśnymi ścieżkami, a las wydawał się nieruchomy i senny. Chłopiec spacerował w cieniu wysokich sosen, po prostu ciesząc się wakacyjną wolnością. Las był jego jedynym prawdziwym przyjacielem — tam mógł słuchać ciszy, myśleć i na chwilę zapominać o całym świecie.
Ale tego dnia zobaczył coś, co dosłownie go zmroziło.
Ze starej, powyginanej gałęzi zwisała kępka pomarańczowych kul. Były zbyt jaskrawe jak na las, jakby ktoś celowo zawiesił je tam, by przyciągnąć uwagę. Ich powierzchnia była gładka, pokryta drobnymi, świetlistymi punktami. Wyglądały na ciepłe… niemal żywe.
Chłopiec odruchowo cofnął rękę. Dreszcz przebiegł mu po plecach.
Opowiedział o wszystkim babci. Ta przez chwilę milczała, a potem powiedziała tylko:
— Pokaż mi, gdzie je widziałeś.
Weszli razem głębiej w las. Babcia szła szybciej niż zwykle, choć zazwyczaj poruszała się powoli. Gdy zobaczyła pomarańczowe kule, jej twarz nagle spoważniała, niemal stężała.