„Leo?” zawołał Miller.
Leo usiadł na kanapie, owinięty w koc. Derek podszedł do niego i położył ciężką, zaborczą dłoń na ramieniu chłopca. Zobaczyłem, jak całe ciało Leo napina się – subtelny wyraz czystego strachu, którego policjanci nie zauważyli.
„Powiedz temu miłemu panu, Leo” – powiedział Derek, a jego głos ociekał fałszywą słodyczą. „Powiedz mu, że nic ci nie jest. Powiedz dziadkowi, żeby poszedł do domu i odpoczął”.
Leo spojrzał na mnie. Jego oczy były puste; iskra dzieciństwa całkowicie zgasła. Spojrzał na dłoń Dereka na swoim ramieniu, a potem z powrotem na mnie. „Nic mi nie jest, dziadku” – wyszeptał. Kłamstwo było jak cios w brzuch. Odarło jego twarz z wszelkiej radości życia.
„Proszę pana, musi pan odejść” – powiedział Miller łagodniejszym, ale zdecydowanym tonem. „Jeśli pan zostanie, będziemy musieli pana aresztować za wtargnięcie”. Pan Derek jest bardzo hojny, nie składając dziś raportu.
Spojrzałem na Dereka. Spod maski pogrążonego w żałobie wdowca patrzył na mnie z wyrazem czystej, nieskażonej złośliwości. Wygrał. Znał system, władał językiem biurokracji i wiedział, jak zrobić z żołnierza idiotę.
Czytaj dalej, klikając przycisk (DALEJ 》) poniżej!