Powoli i rozważnie uniosłem ręce w geście poddania. Pozwoliłem im odprowadzić mnie do samochodu. Z każdym krokiem czułem ciężar wieku, wstyd, że zostawiłem krew w tym domu. Ale kiedy otworzyłem drzwi kierowcy, Derek wyszedł na werandę, tuż poza zasięgiem słuchu policji.
Oparł się o balustradę, a jego głos brzmiał cicho i syczał tak, że tylko człowiek wyszkolony w słyszeniu trzasku gałązki w dżungli mógł go usłyszeć.
„Wyważyłeś moje drzwi, Frank. To będzie cię drogo kosztować. Chciałem poczekać jeszcze miesiąc, ale mnie zmusiłeś. Jutro przeprowadzam go do innego stanu. Gdzieś, gdzie nigdy nas nie znajdziecie. Pożegnaj się z tym chłopakiem, Frank. Straciłeś go na zawsze”.
Odwrócił się i wszedł do środka; ciężkie dębowe drzwi zamknęły się z ostatnim dźwiękiem wieka trumny.
Nie wróciłem do domu. Pojechałem na parking trzy ulice dalej, zaparkowałem pod zepsutą latarnią i usiadłem w ciemności. Moje ręce już nie drżały. Były pewne.
W wojsku nazywamy to „fazą rozpoznania”. Jeśli nie możesz wygrać frontalnego ataku, bo wróg ma lepszą pozycję, rozmontowujesz jego infrastrukturę. Znajdujesz jego słabe punkty.
Sięgnąłem pod siedzenie i wyciągnąłem wytrzymałego laptopa i teleobiektyw. Nie byłem zwykłym żołnierzem Sił Specjalnych; byłem specjalistą od wywiadu. Kolejne cztery godziny spędziłem na pracy, którą policja uznała za zbyt leniwą lub zbyt „proceduralną”.
Czytaj dalej, klikając przycisk (DALEJ 》) poniżej!