DZIECKO MGŁY – CAŁY ROZDZIAŁ
Noc zapadła na pola Wessexu ciężką, duszną ciszą, tak cichą, że nawet świerszcze ucichły. W małej, zniszczonej chatce na skraju lasu Amalia zgasiła ostatnie tlące się węgle w ognisku, mając nadzieję, że dotrwają do rana. Jej dzieci spały pod zniszczonym kocem, zwinięte w kłębek w kącie niczym dwa małe zwierzątka szukające ciepła. Na zewnątrz wiatr niósł zapach zbliżającego się deszczu, a odległy szum rzeki mieszał się z jednostajnym biciem jej serca. Właśnie zaczynała oswajać się z ciszą nocy, gdy nagle, gwałtownie i niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi.
Zamarła.
Nikt nigdy nie zawitał do takiej chaty o tej porze. Sięgnęła po świecę na półce, której płomień drżał, jakby wyczuwała jej strach, i powoli podeszła do drzwi. Pukanie rozległo się ponownie, tym razem ciszej – niemal błagalnie.
„Kto tam?” wyszeptała cienkim, drżącym głosem.
Nie było odpowiedzi. Tylko wiatr. Ale coś – instynkt, którego nie potrafiła nazwać – pchnęło ją bliżej. Uchyliła drzwi na szparę i fala mgły wślizgnęła się niczym zimny oddech. Pośród mgły stał mężczyzna w czarnej szacie, pochylony, tuląc coś w ramionach. Miał mokrą brodę, a oczy szeroko otwarte ze zmęczenia i strachu.
„Na litość boską” – syknął – „ukryj go”.
Amalia cofnęła się o krok. „Kto? Kim ty jesteś?”