Przesunął zawiniątko w ramionach i odsłonił niemowlę owinięte w tkaninę haftowaną złotymi nićmi – delikatniejszą niż cokolwiek, czego dotknąłby rolnik.
„Nie ma czasu do stracenia” – powiedział mężczyzna z naciskiem. „Ukryjcie go dobrze. To dziecko to przyszły król”.
Świat zdawał się stać w miejscu. Mgła gęstniała, tłumiąc każdy dźwięk. Coś głęboko w Amalii zareagowało, zanim jej umysł zdążył to pojąć; otworzyła szerzej drzwi. Mężczyzna wszedł do środka, krople deszczu spadały z jego płaszcza na glinianą podłogę. Dziecko wydało cichy płacz – dźwięk zbyt cichy jak na dziecko z tak wielką przyszłością.
„Chwileczkę, co mówisz?” – wyjąkała, jakby język ją zawiódł. „Nie mogę…”
„Musisz” – przerwał jej. „Przeszukali już wioskę. Zaraz tu przyjdą. Jeśli ktoś będzie pytał, powiedz, że nikogo nie widziałeś. Nic nie mów. Zrozumiano?”
Skinęła głową, nie rozumiejąc tak naprawdę nic z tego. Mężczyzna położył dziecko na stole i ponownie przykrył je kocem. Złoty haft błyszczał blado, nawet przez brud podróży.
„Kto go szuka?” zapytała.
„Ci, którzy chcą zdobyć Anglię przed wschodem słońca”.
Niemowlę zapłakało jeszcze raz i Amalia, nie zastanawiając się, podniosła je. Jego maleńkie ciało promieniowało ciepłem, a jego małe serce biło w jej piersi jak ptak w klatce.
„Jak on się nazywa?”
Mężczyzna zawahał się. „Edward. Ale nikomu nie mów”.
Próbowała wytrzymać jego spojrzenie, ale on już szedł w stronę drzwi.
„Chwileczkę, kim pan jest?”
Zatrzymał się tylko na chwilę, mrucząc: „Człowiek, który raz zawiódł. Nie mogę zawieść ponownie”.
Potem całkowicie pochłonęła go mgła. Świt sączył się słabo przez popękany dach, a Amalia próbowała żyć dalej, jakby nic się nie stało. Nakarmiła dzieci, zagotowała wodę i schowała niemowlę w koszyku pod szmatami i drewnem na opał. Kiedy jego płacz groził zdradą, kołysała je i nuciła starą kołysankę. „Cicho, maleńki... cicho”.
Tłum kopyt przeciął kruchy poranek. Wyjrzała przez wąskie okno. Czterech żołnierzy jechało między wiejskimi chatami – ich zbroje lśniły jak zimne lustra w bladym słońcu. Za nimi szedł mężczyzna w czerwonym płaszczu, inspekcjonując każdy dom.
Zapukali do drzwi jej sąsiada. Potem do kolejnego.
Pot spływał jej po plecach.
„Dzieci” – wyszeptała – „ani słowa”.
Chwilę później rozległy się trzy głośne pukania do jej drzwi. „Z rozkazu Korony” – rozkazał głęboki głos – „otwórzcie”.
Wzięła głęboki oddech, otworzyła drzwi i spojrzała na mężczyznę w czerwonym płaszczu. Jego wzrok był ostry jak brzytwa.
„Szukamy wędrowca, rycerza w ciemnym stroju. Czy ktoś tu kiedyś przechodził?”
„Nie, proszę pana” – odpowiedziała zdecydowanym i opanowanym głosem. „Nikt tu nie zagląda, ani w dzień, ani w nocy”.
Spojrzał na nią uważnie, a potem odepchnął ją na bok, do chaty. Żołnierz uniósł koc, na którym leżały jej dzieci, i przytuliły się do siebie z niepokojem.
„Tylko moje dzieci” – powiedziała szybko. „Tomaszek i mała Helenka”.
Mężczyzna spojrzał na skórkę chleba na stole. „Chłopskie racje żywnościowe” – mruknął. „Nikt tu nie ukryje niczego cennego”.
Wtedy rozległ się cichy dźwięk – dochodzący z okolic pieca. Stłumiony krzyk.
Amalię zamurowało.
„Co to było?” – warknął żołnierz, idąc w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
„Mój siostrzeniec!” – wyrzuciła z siebie Amalia. – „Dziecko mojej siostry – opiekuję się nim teraz, kiedy jest chora”.