„Pozwólcie mi go zobaczyć”.
„Ma gorączkę” – powiedziała nagląco. „Jeśli go obudzicie, będzie krzyczał cały dzień”.
Żołnierz zawahał się. Mężczyzna w czerwonym płaszczu uniósł brew, jakby mierzył ją wzrokiem. W końcu gestem nakazał im odejść.
„Jeśli zobaczycie mężczyznę w ciemnym płaszczu, zgłoście to. Korona was wynagrodzi”.
Amalia kiwała głową, aż zniknęli.
Kiedy odgłos kopyt w końcu ucichł, osunęła się na ziemię.
Dziecko płakało. Przytuliła je do piersi.
„Jesteś już bezpieczny… bezpieczny…”
Ale wiedziała, że bezpieczeństwo to iluzja.
Wioska huczała od plotek. Ludzie mówili, że król umiera. Ludzie mówili, że królewskie dziecko zniknęło. Ludzie mówili, że książę Northwell pożąda tronu i zabije każde dziecko, które zagrozi jego prawom. Amalia żyła jak uwięziona w koszmarze. Pielęgnowała ogród, piekła chleb, sprzątała dom po dzieciach – ale każdy krzyk na zewnątrz przyprawiał ją o dreszcze. Każdy cień wydawał się złym omenem.
Edward rósł szybko; jego oczy, błękitne jak zimowe niebo, patrzyły na nią ze spokojem zbyt starym dla niemowlęcia. Dała mu kozie mleko, owinęła w szorstki koc i schowała pod łóżkiem, gdy tylko usłyszała kroki.
Pewnego popołudnia stara pani Hester zastała ją zbierającą drewno na opał. Staruszka opierała się na lasce, a jej wzrok był bystry pod zmarszczkami.
„Nie spałaś, dziecko” – powiedziała. „Twoja twarz jest blada. Co ukrywasz?”
„Nic” – skłamała Amalia. „Tylko moje zmartwienia”.
Hester prychnęła. „Zmartwienia nie płaczą w nocy”.
Amalia zesztywniała. „Co masz na myśli?” »
„Widziałam mężczyzn wokół twojej chaty. Nie wieśniaków. Obcych. Sekrety mają głębokie korzenie, a las je wszystkie powtarza”.
Nowy lęk ogarnął Amalię.
Tej nocy sen po prostu nie chciał nadejść. Siedziała przy ogniu z Edwardem w ramionach. Ciche cykanie świerszczy przynosiło jej ukojenie – aż usłyszała ciche pukanie do drzwi.
Żadnego pukania.
Pułapka.
Coś rzuconego.
Uchyliła drzwi do połowy. Mgła i cisza. Nikogo nie było widać. U jej stóp leżała złożona kartka papieru. Żadnej pieczęci. Żadnego podpisu.
Wiemy, co ukrywasz.
Jej ręce drżały gwałtownie. Na zewnątrz wiatr się wzmógł, a dziecko wybuchnęło płaczem, akurat gdy w stronę jej chaty znów rozległ się tętent kopyt.
„Thomas!” – wyszeptała natarczywie. „Obudź się. Zabierz siostrę ze sobą. Nic nie mów”. „Nic nie rób”.
Schowała Edwarda pod workiem mąki pod sofą, mając nadzieję, że nie będzie płakał.
Trzy puknięcia sprawiły, że ściany zadrżały.
„Otwierać! Z rozkazu księcia!”
Jej serce prawie stanęło.
Otworzyła drzwi i zobaczyła mężczyznę z bliznami, jakich nigdy wcześniej nie widziała. Ten był inny: zimny, sprawny, z oczami jak nóż rzeźnicki.
„Rozkazano nam ponownie szukać” – powiedział. „Dalej!”
Wpadł do środka, przewracając krzesła, rozrywając koce i odsuwając garnki. Żołnierz kopnął worek z mąką.
Rozległ się cichy jęk.
Amalia zareagowała natychmiast. Skoczyła do przodu i przewróciła wiadro z wodą. Woda rozchlapała się na butach żołnierza.
„Przepraszam! Przepraszam, proszę pana!” – krzyknęła. Mężczyzna z bliznami cofnął się z obrzydzeniem i zaklął. „Dość. Marnujemy tu czas”.
I nagle zniknęli.
Amalia wstrzymała oddech na kilka minut.
Wyjęła Edwarda z torby i mocno go przytuliła. „Jesteś bezpieczna... jesteś...”
Ale nie wierzyła własnym słowom.