Dźwięk trzaskających drzwi samochodu wyrwał mnie z zamyślenia. Tesla Marka, samochód, który, jak twierdził, był „koniecznością dla jego wizerunku”, wjechała na podjazd. Nie był sam. Jego matka, Linda, wyłoniła się z siedzenia pasażera, z twarzą pełną chciwej radości.
Nie przyszli na balkon, żeby mnie szukać. Wpadli przez drzwi wejściowe, trzymając w dłoni butelkę szampana. Nie przytulił mnie. Nie pocałował. Odwrócił się do matki i przybili sobie piątki – ostry, perkusyjny dźwięk odbił się echem w pustym holu.
„Udało nam się, mamo!” krzyknął Mark, odkorkowując butelkę. Szampan spienił się, rozlewając się na drewniane podłogi.
„Spójrz na ten widok!” wykrzyknęła Linda, obracając się powoli pośrodku salonu, z wyciągniętymi ramionami, jakby chciała objąć całe powietrze. „Mark, mój genialny synu! Jesteś dumą rodziny. Wychowanie cię było warte każdego poświęcenia”.
W końcu zwróciła na mnie uwagę, a jej oczy, małe i twarde jak kamyki, omiatały mnie z nieskrywaną pogardą. „A ty, Eleno, lepiej utrzymuj ten dom w czystości. Nie waż się brudzić tych luksusowych dębowych podłóg, za które zapłacił mój syn”.
Ścisnęłam teczkę w dłoni, a ostry brzeg papieru wbijał mi się w dłoń. „Właściwie, Lindo, Mark nie zapłacił ani grosza…”
„Daj spokój, kochanie” – przerwał Mark, obejmując matkę ramieniem i odciągając ją ode mnie. Jego uśmiech był wymuszony, ostrzegawczy. „Nie psuj mamie humoru nudnymi szczegółami. Mamo, idź idź zobaczyć główną sypialnię. Jest ogromna. Prawdziwy apartament królewski”.
„Król i jego królowa matka!” – zachichotała Linda, a jej śmiech działał mi na nerwy.
Wbiegli po wielkich, unoszących się schodach, chichocząc jak para nastolatków. Ich głosy cichły, gdy eksplorowali drugie piętro, przerywane podekscytowanymi krzykami. „Patrzcie na tę szafę!” „Możemy postawić mój leżak tutaj, przy oknie!”
Zostałam na dole, czując zimny strach ściskający mi żołądek. To nie było nieporozumienie. To było celowe, wyrachowane wymazanie mojego istnienia. Aktywnie przerabiali rzeczywistość, a Mark, mój mąż, podawał matce długopis.
Wyszłam na werandę, żeby odetchnąć, spróbować odzyskać spokój, który czułam przed chwilą. Słońce zaczynało zachodzić, malując niebo pomarańczowymi i fioletowymi pociągnięciami pędzla. Usłyszałam z góry skrzypienie, a potem stękanie z wysiłku.
Spojrzałam w okno głównej sypialni.
Najpierw w ramce pojawiła się moja granatowa walizka Samsonite, ta, którą rozpakowałam godzinę temu. Zawisła tam przez sekundę, zanim została wypchnięta, obracając się. Uderzyła w zadbany trawnik z obrzydliwym hukiem, pękła i wysypała moje ubrania na trawę.
Potem pojawiła się druga walizka. A potem moja kosmetyczka. Moje życie wylatywało z domu, kawałek po kawałku.
Rozdział 2: Pokój „Matki i Syna”
Gniew, który mnie ogarnął, był gorący i czysty. Wpadłam z powrotem do środka, pokonując po dwa stopnie naraz. W uszach słyszałam głośny odgłos własnego, nierównego oddechu.
Wpadłam do głównej sypialni. Widok, który mnie powitał, zmroził mnie.
Pokój był istną strefą katastrofy, pełną rzeczy Lindy. Tandetne, welurowe walizki w panterkę leżały otwarte na podłodze. Jaskrawe, poliestrowe bluzki i dżinsy z ćwiekami z kryształków upychano do zaprojektowanej przeze mnie, wykonanej na zamówienie, cedrowej szafy. Powietrze, niegdyś pachnące morską solą i świeżą farbą, teraz cuchnęło mdłymi, tanimi perfumami Lindy. Nuciła pod nosem, trzymając cekinową sukienkę przed odbiciem w lustrze.
Mark leżał na łóżku – moim łóżku king-size, z pościelą z egipskiej bawełny o gęstości tysiąca nitek na cal kwadratowy, którą dla nas kupiłam. Ostrożnie, niemal z nabożeństwem, wygładzał zmarszczkę. Spojrzał na mnie z wyrazem całkowitej obojętności, jakbym była pokojówką, która weszła bez pukania.
„Co ty, do cholery, robisz?” – krzyknęłam łamiącym się głosem. Drżącym palcem wskazałam na otwarte okno. „Moje ubrania. Moje rzeczy. Są wszędzie na trawniku!”
Mark dokończył pracę z prześcieradłem, po czym skupił na mnie całą swoją uwagę. „Mama potrzebuje pocieszenia, Eleno. Jest stara. Denerwuje się w nowych miejscach. Potrzebuje najlepszego pokoju, żeby czuć się bezpiecznie”.
„Najlepszego pokoju? Mark, to nasza sypialnia małżeńska!” Wrzasnęłam, słowa wydały mi się obce i głupie.