Z szafy Linda zachichotała. Brzmiało to jak drobne, ostre kawałki szkła potrząsane w słoiku. „Małżeństwo co? Nie dramatyzuj. Mój syn potrzebuje kogoś, kto będzie czuwał nad jego snem. Ma koszmary. Poza tym, za głośno chrapiesz”.
Wpatrywałam się w nią, a potem z powrotem w Marka, czekając, aż mnie obroni, zaśmieje się z absurdalności słów matki. Nie zrobił tego. Skinął głową, jakby właśnie przedstawiła mi idealnie logiczny argument.
„Dokładnie” – powiedział spokojnym, rozsądnym głosem. „Mama ma rację. To będzie mój pokój z mamą. Tak będzie lepiej. Będzie nam wygodniej”.
Słowa uderzyły mnie z siłą fizycznego ciosu. Mój pokój z mamą. Powiedział to z taką łatwością. Powiedział to, jakby dyskutował o tym, jaką markę kawy kupić.