Faza 1. Kałuża wody, pluszowy miś i pierwszy spokojny głos.
Siergiej Kuźmicz nie podniósł głosu ani o pół tonu.
Dopalił papierosa, wrzucił niedopałek do pustej puszki po napoju energetycznym opartej o ścianę garażu i dopiero wtedy powoli wyszedł na werandę. Drobny żwir chrzęścił pod jego ciężkimi butami. Wadim, przyzwyczajony do głośnych kłótni, płaczu kobiet i teatralnych gestów, zamilkł na chwilę – nie z szacunku, lecz ze zdumienia.
„Wsadź Jegorkę do samochodu” – powiedział ojciec, nie patrząc na zięcia. „Do kabiny. Tam jest ciepło”.
Stałem tam, przemoczony i upokorzony, z dzieckiem na rękach i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo drżę. Nie z zimna, ale z tego, że pięć minut temu myślałem, że to już koniec, moje życie, a teraz ktoś stał obok i mówił prostymi słowami, jakby to nie był koniec, tylko kolejna ciężka robota.
– Tato…
„Ira, żadnych „tatusiów”. Włóż dziecko do chaty. Potem możesz podnieść misia.”
Jegorka, który do tej pory milczał, nagle wybuchnął szlochem:
– Mamo, miś się utopi…
Kucnąłem w błocie, wyjąłem misia z kałuży, wycisnąłem z niego wodę i mocno przycisnąłem do siebie i syna. Łzy napłynęły mi do oczu, ale je powstrzymałem. Nie teraz.
Wadim prychnął na werandzie:
— Cyrk przyjechał. Siergieju Kuźmiczu, nie mieszaj się. To sprawa rodzinna. Wyrzuciłem żonę – mam do tego pełne prawo. Dom jest mój.
Tamara Pawłowna teatralnie westchnęła za jego plecami:
– O rany, co za uliczny dramat… Ludzie to widzą.
I rzeczywiście widzieli. Walentyna Pietrowna, sąsiadka w puchowej kurtce, stała już przy furtce, a kawałek dalej dwóch robotników z sąsiedniego budynku zamarło przy płocie.
Ojciec zatrzymał się na dole, przy pierwszym stopniu, i w końcu spojrzał na Wadima. Spokojny, szary, ciężki.
„Dobrze, powiadasz?” zapytał. „No to teraz się dowiemy, komu co się należy”.
Wyciągnął spod pachy grubą, zniszczoną teczkę z gumką. Tę samą teczkę, którą dopiero teraz zauważyłem. Od razu ją rozpoznałem: w domu ojciec trzymał faktury, paragony i dokumenty w takiej teczce.
„Dopóki tego nie rozwiążemy, nikt stąd nie wyjdzie” – powiedział. „Ani ty, ani twoja matka, ani ta… księgowa w szlafroku mojej córki też”.
Oksana zamarła w drzwiach, jakby olśniona jakimś słowem. „Właściwie nie muszę tego robić…” – zaczęła, ale Tamara Pawłowna syknęła na nią ostro.
„Kim ty jesteś, żeby wydawać rozkazy?” Wadim zszedł na dół i spróbował odzyskać swoją zwykłą śmiałość. „Zbudowałeś dla mnie dom? Nie. Ja go zbudowałem. Pracowałem nad nim”.
Ojciec zachichotał. Krótko, bez humoru.
— Ty? No, no. Powiem ci na podstawie dokumentów, kto co zbudował.