Mauricio rzucił szklanką o ścianę. Cios był satysfakcjonujący, ale bezskuteczny.
Jego matka. Jego matka, która zmarła dwa lata wcześniej, zabierając sekret do grobu, zorganizowała zniszczenie jego rodziny z czystego klasizmu. A on, w swojej arogancji, w swojej zranionej męskiej ślepocie, ani przez chwilę nie zwątpił w kobietę, którą kochał.
Opadł na skórzany fotel, zakrywając twarz dłońmi. Gorące, nieznane łzy zaczęły płynąć. Skazał swoje córki na ubóstwo. Pozwolił kobiecie, którą kochał, gnić w celi za próbę wykarmienia własnego ciała i krwi.
Zerwał się na równe nogi. Ból przerodził się w coś bardziej użytecznego: furię. I determinację.
„Roberto” – zawołała przez interkom. „Przygotuj samochód. Jedziemy do więzienia. I zadzwoń po najlepszą w mieście obronę kryminalną. Chcę, żeby byli tam w ciągu godziny”.