Wizyta w Santa Marta była zejściem do piekła. Zapach wilgoci, grzechotanie krat, desperacja w ich oczach. Kiedy w końcu zaprowadzili Victorię do pokoju widzeń, Mauricio ledwo ją rozpoznał.
Była chuda i blada. Jej dłonie, niegdyś miękkie i zadbane, były szorstkie od pracy w więziennej pralni. Miała na sobie znoszony beżowy uniform. Ale kiedy podniosła wzrok i go zobaczyła, w jej oczach wciąż płonął ten nieugięty ogień.
Nie było strachu. Tylko bezgraniczna pogarda.
„Przyszłaś tu, żeby się ze mnie naśmiewać?” zapytał. Jego głos brzmiał jak suchy lód.
„Victoria…” Mauricio próbował się zbliżyć, ale ona odsunęła się, jakby to było zaraźliwe.
„Nie podchodź bliżej. Dziesięć lat, Mauricio. Dziesięć lat bez pewności, czy następnego dnia będziemy mieli co jeść. Moje córki spały w schroniskach, sprzedając rzeczy na ulicy, podczas gdy ty byłaś na okładkach magazynów.” „Nie wiedziałem” – wyszeptał, padając na kolana. Tak, wielki prezes klęczał na klepisku więzienia. „Okłamali mnie. Moja matka… lekarz… Myślałem, że nie są moje”.
„Były twoje!” – krzyknął, a ból w jego głosie odbił się echem od betonowych ścian. „Czułeś, jak kopią! I odepchnąłeś je!”